Zmierzyłem wzrokiem rzucony mi pod łapy fragment ścierwa. Nieokreślone soki sączyły się z niego i nie potrafiłem powstrzymać się przed stwierdzeniem, że przeplatające miąższ żyły dalej pulsowały. Z trudem zbliżyłem pysk do tkanek. Mój żołądek rzucał się w spazmach.
- Ostatnio serwowano mi jedzenie. - zauważyłem delikatnie i wyprostowałem się, byleby znalazła się przestrzeń, pomiędzy moimi nozdrzami a tym trupem.
- To nie restauracja. - zauważył antypatycznym tonem czarny cone carso.
- Oczywiście, że nie. Miałaby gwiazdki na minusie... Nawet jeżeli widzę dwie czarowne w waszych oczach, oceny i tak one nie przeważą. - pies zatrzymał się raptem, a jedynie barwiąca murawę czerwień z kłów, sprawiała, że nie byłem świadkiem zatrzymania się czasu. Oczywiście wycinając wszelkie inne okoliczne czworonogi, jakie znalazły się w kadrze.
- Bill, nie bądź pierwszym, który popełni morderstwo w sforze. - doszedł nas głos pana alfy. - Merlaux, nie drażnij innych i myśl o tym jak o tatarze.
- Nigdy nie przypadał mi do gustu. - odetchnąłem nieszczęśliwie. - Mogę poprosić o to, czym raczono mnie wcześniejszym razem?
- Prosić możesz, ale z marnym skutkiem. - w tym momencie głos zabrała samica owczarka niemieckiego. - Trudno ci ogarnąć, w jakich warunkach tu jesteśmy? Z resztą to nawet nie jest bezpośrednio wyrwane z dzika.
- Czyli słyszę, że robicie postępy. Dałoby się wykonać jeden dokładnie teraz?
Towarzystwo jednomyślnie westchnęło, milczało kilka sekund, zanim zaproponowało mi w delikatnych słowach, abym wybrał się na poszukiwanie "jagód czy czegoś". Uznałem, że przedstawiony pomysł nie był taki lichy i przystałem na sugestię. Podniosłem się i skierowałem swe kroki w bliżej niekonkretnym kierunku, uwzględniając jedynie, aby nie wejść łapą w kolejne padło.
Naturalnie nie było to tak, że po raz pierwszy zetknąłem się z sytuacją, gdzie moja strawa okazywała się nie być gotowa do spożycia. Podczas podróży moi gospodarze mieli czelność czasem mi serwować takie skrawki, jednak sam nie miałem poczucia, aby je przyjmować. Zazwyczaj i tak znalazła się dobra dusza, jaka była w stanie ugotować mięso albo przynajmniej dostatecznie je przyprawić, zanim miałem okazję na degustację. Jeżeli nie - dotychczas było już więcej pewności, że wskażą mi, gdzie się udać, abym mógł się nasycić. Obecnie odniosłem wrażenie, że wokół innych stad czworonogów nie ma, a ich niewykształcony zmysł kulinarny tej gromady pozwalał na zadowalanie się każdymi zwierzęcymi wnętrznościami. Wiedziałem, że w tym tempie w mej książce nieprędko zyskają pochlebne opinie o ich poczuciu smaku, o ile istnieje.
Wyszedłem już poza posilający się krąg. Kilka czworonogów zajmowało się innymi interesami. Stanie na warcie, opatrywanie pacjenta, bycie pacjentem. Kiedy już zadecydowałem udać się na zebranie jedzenia, świadomość, że nie jestem pewien, co mam uczynić, aby wypełnić swój cel, wydała się nie być nazbyt komfortowa. Wypadało znaleźć sobie pobratymca, jaki wspomógłby mnie. Sunąłem wzrokiem wokół, abym już umieścił go na okolicznej sylwetce. Samica sznaucera, jaka nie wydała mi się być zajęta na tyle, aby nie mogła oddać mi odrobiny swojego życia. Zwróciłem się ku niej, zwalniając krok i z lekka pochylając głowę. Przywitałem się miło i przyznałem, że przydałaby mi się życzliwa łapa w drobnej sprawie.
- Zanim jeszcze tylko do niej przejdziemy, czy będzie mi dane poznać wasze miano?
- Eau. - odpowiedziała samica, zatrzymana w połowie kroku.
- Eau? Oszczędnie. - pozwoliłem sobie na powolne zbliżenie, okrążając ją lekko. - Zmienna w stanie, dostosowująca się do naczynia Woda? Cicha, a rwąca brzegi? Mam tylko nadzieję, że nie wyparujecie, kiedy będzie zbyt gorąco. - uśmiechnąłem się.
Eau?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz