3.22.2020

Od Brooklyn cd Bonnie – Grupa III

 
   Spoglądałam na Bonnie z dezaprobatą, którą usiłowałam ukryć. Wszyscy mieli dość tego marszu, nie tylko ona jedna. Oczywiście nie miałam zamiaru jej tego wypowiadać. Złośliwości były ostatnią rzeczą, która była nam tu potrzebna. Pomijając fakt, że byłam cholernym dowódcą od siedmiu boleści i nieszczególnie wypadało mi być nieuprzejmą w stosunku do sfory, w niczym by to nie pomogło.
    — Nie od razu, ale wyślę cię pierwszą na zwiad. — Odpowiedziałam zachowując spokój.
    Sama najchętniej pobiegłabym przed siebie, nieograniczona nikim ani niczym. Ale nie zrobiłam tego. Po prostu nie mogłam. Bonnie nie wyglądała na najbardziej zachwyconą tą wiadomością, ale nie była również zła lub rozczarowana. Bardziej zniecierpliwiona i podekscytowana przerwaniem monotonii. Więc kiedy w końcu naszym oczom ukazały się zarysy pierwszych budynków, wiedziałam, że muszę działać szybko.
    — Uznajmy ten pień za nasze umowne miejsce spotkań — odparłam, stawiając łapę na szerokim, okrągłym dowodzie na istnienie tutaj niegdyś drzewa. — Dziś zrobimy jedynie zorientowanie po okolicy i prześpimy się tutaj, w bezpiecznej odległości. Rano wyruszymy w pełni sił do miasteczka. Będziemy iść turami, po dwie osoby. Zgromadzenie wyglądałoby dziwne i pewnie zaczęliby nas łapać. Bonnie i Rea, wy pójdziecie pierwsze. Możecie już ruszać. Za nimi pójdą Eau i Soraya, kiedy znikną wam w oczu. Spróbujcie obrać inny kierunek. Beatrycze i Lucyfer kolejni, starajcie się nie iść śladami poprzedników. Ja i Mars będziemy ostatni. — Spojrzałam po słuchającej mnie grupie. — Nie dajcie się im złapać. I bądźcie ostrożni. Wydają się nie być zwyczajną wioską.
    Nie znałam się zbyt dobrze na ludzkich osadach. Co prawda byłam zarówno w wioseczkach, jak i większym mieście, aczkolwiek większość czasu tam spędzonego przebywałam wśród psów. Ludzie byli… Interesujący. Nie wzbudzali we mnie póki co strachu, ale nie miałam względem nich również pozytywnych odczuć. Byłam po prostu ciekawa. Mimo wszystko odnosiłam nieodparte wrażenie, że w tej tutaj coś było nie tak, jak być powinno. Potwierdziło się to, gdy przyszła kolej moja i Marsa, dzięki czemu mogliśmy przyjrzeć się im bliżej.
    Nie było tam dotychczas znanych nam ulic, lecz zwykłe, ubite ścieżki. Domy także wydawały się jakieś inne. Były drewniane. Na pierwszy rzut oka nie byliśmy w stanie dostrzec żadnych samochodów — niezwykle głośnych maszyn, którymi normalnie poruszali się ludzie. Były trochę inne wozy, ciągnięte przez konie.
    — Cofnęli się w czasie czy jak? — zerknęłam kątem oka na Marsa.
    — Na to wygląda — odpowiedział samiec.
    Pewnie pociągnęłabym dalej rozmowę, ale coś odwróciło naszą uwagę. Zapach. Niezwykle przyjemny. Spojrzałam na partnera wyprawy.
    — Nieopodal muszą mieć karczmę — stwierdziłam.
    — Pewnie warto to sprawdzić.
    Ruszyliśmy więc za zapachem, jednocześnie rozglądając się po wsi. Dostrzegliśmy bawiące się na dworze dzieci, kobietę sięgającą po wodę ze studni, a nawet kilka innych psów, które nieszczególnie zwracały na nas uwagę. Ale może to i lepiej? Wszyscy byli archaicznie ubrani, widziałam tego typu stroje na strychu, jeszcze w zamku.
    — Nie sądzę, żebyśmy byli w stanie znaleźć tu leki. Założę się, że najbliżej współczesnej medycyny będzie tu ziołolecznictwo. — Powiedziałam z pewnego rodzaju zawodem. Wiedziałam, że Pergilmes potrzebuje tych swoich cholernych tabletek na serce.
    — Kto wie. Może mają jakieś swoje eliksiry. — Chyba próbował mnie pocieszyć w ten sposób. Nie odpowiadałam.
    Byliśmy coraz bliżej źródła przyjemnego zapachu.

Zwiadowco? || 507 słów || Niechaj wiedźminowy klimat dotrze do Was wszystkich

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz