Tego dnia nic nie szło po mojej myśli i wszystko mnie wkurzało. Bill poszedł gdzieś z Pergilmesem i tym podejrzanym typkiem, a ja zostałam pozostawiona sama sobie z tymi idiotami. Nie lubiłam ich, ich wszystkich. Gdy przebywałam w ich towarzystwie zbyt długo – i to jeszcze bez ojca u boku – czułam, jak ich głupota próbuje zakraść się do mojego umysłu. Na szczęście ten był dla niej nieosiągalny.
Najbardziej z nich wszystkich podpadł mi Millennium Falcon. Dlaczego? Bo był kretynem, oczywiście. Ale był jeszcze jeden dodatkowy powód, dla którego nie cierpiałam go bardziej niż reszty strażników. Gdy piłam wodę z jeziora, ten durny pies popchnął mnie w jej stronę, przez co zamoczyłam sobie przednie łapy. Głupi, uparcie twierdził, że się potknął i to było niechcący, ale ja już wiedziałam, że zrobił to specjalnie, tak po złości. To było do niego podobne. Był złośliwy, wredny i głupi. Myślałam, że go zabiję, dopiero po tym, jak otrząsnęłam się z tego, że moje ciało zetknęło się na chwilę z wodą.
Gdy moje łapy dotknęły dna, miała wrażenie, że to się pod nimi usuwa, a woda zaczyna je wciągać. Ogarnęła mnie panika ze względu na wspomnienia, które stały się w tamtej chwili bardzo wyraźne. Nagle znikąd usłyszałam szum wody, zagłuszone krzyki Maksa. Miałam wrażenie, że moje płuca zwęziły się, powodując ostry ból w klatce piersiowej. Zakręciło mi się w głowie. Zrobiło mi się duszno, kiedy miałam wrażenie, że moje płuca nie mogą nabrać powietrza. Natychmiast potoczyłam się do tyłu, nie mogąc znieść zimna lodowatej wody, która zdążyła przesiąknąć moją sierść na przednich lapach.
Przez chwilę oddychałam głęboko z szeroko otwartymi oczami, próbując dojść do siebie. Dźwięki zdawały mi się odległe, zbyt niewyraźne, abym mogła je odszyfrować.
— Przepraszam. Wszystko... Wszystko w porządku?
Dopiero czyjś głos sprawił, że wróciłam do rzeczywistości. Spojrzałam na winowajcę tego wszystkiego. Millennium! Millennium Falcon! Syn tego jebanego bety! To znaczy alfy. Nieważne. Parszywe kurduple! Zmrużyłam oczy, piorunując go spojrzeniem. Jak on mógł! Jak... Jak on śmiał! Spojrzał na mnie zmieszany. Czułam, jak opuszki łap pieką mnie ze złości. Odsłoniłam zęby.
— Ty... — Zrobiłam krok w jego stronę.
— Co? Przecież przeprosiłem — odparł, mrużąc powoli brwi.
Warcząc, rzuciłam się w jego stronę. Zanim dosięgnęłam go zębami, zrobił unik. Był szybki, ale zdążyłam zahaczyć zębami o jego szyję. Zrobiłam mu niewielką ranę, rozcinając skórę. Poczułam satysfakcję, gdy zobaczyłam, jak niewielka ilość krwoli brudzi mu biała sierść. Syknął z bólu.
— Co ty robisz? — Był wściekły. Ale ja byłam bardziej wściekła niż on.
— Zrobiłeś to specjalnie! — warknęłam.
— To było niechcący!
— Niechcący? Niechcący!
— Potknąłem się o jebany kamień!
— Tylko winny się tłumaczy!
— O co ci, kurwa, chodzi? Przecież nic się nie stało!
Stało się i to bardzo dużo! Za dużo! Już od dłuższego czasu nie myślałam o przeszłości, o tamtym przerażającym dniu, kiedy zrozumiałam, jak bezwzględnym żywiołem jest woda, o tym jak panicznie się jej boję, a on to tak po prostu zepsuł! Moje starania poszły na darmo. Byłam na skraju furii. Czułam, jak się w środku gotowałam. To wszystko jego wina!
Po raz drugi skoczyłam w jego stronę, ale pies odskoczył w bok.
— Kurwa, weź się opanuj! — warknął. — Cieczkę masz, czy co?
Kolejny raz skoczyłam w jego stronę, zagłuszając ciszę panującą w lesie, tym razem przewidując jego ruch i zwalając z łap. Byłam silniejsza od niego, z łatwością przyszpiliłam go do ziemi. Rozdziawiłam pysk, ukazując szereg śnieżnobiałych kłów. W oczach kundla dojrzałam strach.
— Dosyć! — W naszą konwersację wtrącił się Cretcher. Dopiero wtedy zorientowałam się, że większość par oczu skupiona była właśnie na nas. — Nie będę tolerować tego typu zachowań. W naszej sforze nie ma miejsca na bójki między sobą.
Nawet na niego nie raczyłam spojrzeć. Zamiast tego schyliłam się do odrażającego pyska Millennium.
— Jeszcze raz zajdziesz mi za skórę, to zgniotę cię jak robaka! — warknęłam do psa.
Pies ostatni raz rzucił mi ostre spojrzenie, po czym wyrwał się z mojego uścisku. Oczywiście, gdybym mu na to nie pozwoliła, w życiu by mu się to nie udało. Był słaby, jak większość psów w naszej ''sforze'', jak to określiła Brooklyn. Odszedł w pośpiechu.
Przez większość czasu szwędałam się bez celu po lesie. Nie mogłam znieść zapachu wody i tego, że znajduje się na moich łapach. Moją frustrację przełożyłam na rozrzucaniu dookoła śmieci pozostawionych przez ludzi. Pełno ich było w lesie. Brudasy – warknelam w myślach, rozrywając w zębach jakąś plastikową reklamówkę.
Gdy po kilku godzinach Bill oraz pozostałe dwa psy nie wracały, zwołałam pozostałych strażników. Zaczęłam niepokoić się o ojca.
— Bill wraz z pozostałymi psami nie wrócili, choć upłynęło sporo czasu. Sądzę, że dwa psy powinny to sprawdzić.
Widziałam, że kilka psów było zaskoczonych, że to Billa uwzględniłam jako pierwszego w mojej wypowiedzi. Innych ten fakt w ogóle nie poruszył.
— Za kogo ty się uważasz? — usłyszałam czyjeś niezadowolenie. Oczywiście musiało ono należeć do Millennium, bo do kogo innego jak nie do niego?
— Przepraszam, ktoś coś powiedział, czy to tak gówno paruje?
Widziałam, jak Mill miał zaraz wybuchnąć gniewem, kiedy jakiś pies mu w tym przerwał:
Widziałam, jak Mill miał zaraz wybuchnąć gniewem, kiedy jakiś pies mu w tym przerwał:
— Wracają!
Ktokolwiek to był miał rację. Poczuliśmy zapach trzech znajomych psów. Pachnieli lisami i jeszcze jakimiś innymi kundlami.
Gdy wrócili, dokładnie nam wyjaśnili co się stało. Mieliśmy szukać jakichś głupich niebieskich żab i kozicę, a raczej jej róg dla jakichś rudych kundlów, które kazały nas śledzić jakimś głupim psom. W ogóle mi się to nie podobało – ani ich historia, ani to co mieliśmy zrobić. Niezainteresowana, po krótkiej rozmowie z Billem odeszłam od grupy.
Usiadłam nad brzegiem jeziora. No, nie dosłownie nad brzegiem, z dwa metry od niego, ale dla mnie to był niemal jego brzeg, dlatego tak go właśnie nazywałam. Z niesmakiem przyglądałam się tafli wody, która falowała nieznacznie pod wpływem wiatru. Nie chciałam znowu mieć do czynienia z wodą.
Kiedy tak przyglądałam się bez celu wodzie, niedaleko brzegu na powierzchni jeziora dostrzegłam kilka niebieskich punktów. Jaskrawy kolor znacznie wyróżniał się na tle innych, szarych kolorów. Zaciekawiona, wstałam, przyglądając się tym tajemniczym punktom. Nadstawiła uszy i wytężyłam wzrok. Udało mi się dostrzec, że tymi punktami okazały się żaby. Zaciekawiona, zrobiłam kilka kroków naprzód, wyciągając daleko przed siebie szyję. Czy to nie takie żaby mieliśmy złapać dla tych głupich lisów w zamian za jakieś przydatne przedmioty? – zastanawiałam się. Żaby były błękitne, więc na pewno chodziło o nie. Nie miałam ochoty ich łapać, ale wiedziałam, że jeżeli ja tego nie zrobię, to inni tym bardziej.
Podeszłam do brzegy, jak najbliżej mogłam. Moje przednie łapy niemal stykały się z taflą wody. Blisko siebie pływało pięć żab, nie znajdowały się jakoś niedaleko brzegu, ale nawet nie wyobrażałam sobie, żebym weszła po nie do wody, dlatego musiałam wymyślić coś innego. Poza tym ich jaskrawy kolor świadczył, że są trujące bądź parzą.
Gdy tak zastanawiałam się, jak tu je do cholerny złapać, mój wzrok padł na jedną z plastikowych reklamówek. Wtedy wpadłam na pomysł, który miał polegać na schwytaniu żab do siatki. Chwyciłam jedną, później sięgnęłam po długi patyk i wróciłam do brzegu. Byle jak obwiązałam rączkę siatki na koniec patyka i sięgnęłam nim po żaby. Dwóm udało się uciec, ale trzy udało mi się złapać w reklamówkę. Szybko chwyciłam za reklamówkę, z żabami w środku. Wtedy stwierdziłam, że to nie był najlepszy pomysł, ponieważ mogą się w niej udusić, a lisy chyba chciały je żywe. Między pniami drzew dostrzegłam jakieś przezroczyste pudełko z przykrywką. Zrobiłam dziury w przykrywce za pomocą jakiegoś badyla. Szybkim ruchem wrzuciłam żaby z reklamówki do pudełka i zamknęłam je przykrywką, aby mi, skubane, nie uciekły.
Następnie dumna z siebie wraz z pudełkiem udałam się do Pergilmesa.
Strażniku?
+1000


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz