3.04.2020

Od Fryderyka Wilhelma cd. Cretcher - Grupa IV

Postanowiłem, że będę bardzo się starał na wielkim polowaniu, nie tylko dlatego, że miało to znaczenie dla sfory i mogłem przydać się jej w dużym stopniu, ale też z nieco mniej altruistycznych powódek. Z racji moich wcześniejszych porażek, którymi Aziraphale niemal wytarł mi pysk, chciałem udowodnić, że nie tylko nadawałem się do tego stanowiska, ale też byłem w nim naprawdę dobry. Może nie miałem mięśni, jak Persefona lub Eter, ani też wieloletniego doświadczenia, ale nie odstawałem specjalnie od standardów siłowych ani też zwierzyna nie była zbyt niebezpieczna, a teraz, dodatkowo, było jej dużo. Słyszałem przede wszystkim o jeleniach, ale nie miałem zamiaru porywać się na tak wielkie zwierzę już na samym początku. Zapewne ledwo poskoczyłbym mu do nogi. Może później, gdy poproszę o pomoc innych myśliwych.
Poza tym, mieliśmy tu spędzić jeszcze trochę czasu, mogłem zacząć od niewielkich stworzeń. Widziałem kaczki, które zlatywały, by usiąść na tafli naszego jeziora, ale nie miałem z nimi zbyt dobrych wspomnień, więc postanowiłem nie próbować polowania na nie. Jeszcze, zobaczymy, czy nie będę zmuszony znów się zamoczyć.
Krążyłem po lesie, starając się wyczuć zapach zwierzyny. Na razie byliśmy zbyt blisko siebie i wszystko co mogłem rozpoznać, to przygniatająca woń znajomych psów. Musiałem chwile poczekać, ale to nie przeszkadzało w dalszym przedzieraniu przez rozrośnięte gałęzie drzew. Próbowałem wydawać jak najmniej dźwięków, co opłaciło się, gdy do mych nozdrzy dotarł zapach. Czyżby gryzoń? One miały piżmowe nuty w swojej woni. Wciągnąłem powietrze i ruszyłem, jak mi nos kazał. Miałem nadzieje na coś większego niż wiewiórka, ale każda odrobina mięsa się przydaje.
W gruncie rzeczy wszystkie nasze psy były dość sprawne, może z wyłączeniem pradziadka, ale on również sobie radził. Jeżeli sytuacja byłaby odpowiednio ciężka, mogliby sami zdobywać pożywienie, ale na razie wszyscy byli raczej zadowoleni z tego, co przynosiliśmy, nawet jeśli to nie było wiele. Odpowiednio gruba wiewiórka mogła starczyć niewielkiemu psu na cały dzień. Jeden dzień drogi oznaczał dzień bliżej do celu, którego nikt nie znał. Miałem nadzieje, że dziadek pewnego dnia powie nam, gdzie dokładnie zmierzamy, ale nie chciałem naciskać. Powinienem skupić się na pomaganiu w najlepszy sposób jak mogłem, czyli przez przynoszenie coraz większych i większych ilości mięsa, zaczynając od mojego gryzonia, który był coraz bliżej. Teraz umiałem poznać, że nie była to ani wiewiórka, ani borsuk, te dwa były dość charakterystyczne. Gronostaj, norka bądź kuna, zawsze miałem problemy z rozpoznaniem po zapachu z którym z tej trójki mam do czynienia.
Dzięki roztopom między drzewami znajdowały się ciemniejsze plamy, które ukazywały podłoże, a na jednej z nich znajdowała się właśnie śnieżno biały gronostaj.
Wiatr wiał w odpowiednią stronę, nie czuła mnie, ale rozglądała się po wszystkich stronach w poszukiwaniu zagrożenia. Stanąłem w bezruchu. Moje szare futro nie było kamuflażem idealnym, ale dobrym. Przejeżdżała wzrokiem po mnie raz za razem, ale ani przez moment nie zatrzymała go na mnie. Czekałem.
W takich momentach szczególnie trudno było mi powiedzieć czy mijały minuty czy godziny, ale ostatecznie odwróciła się całkowicie tyłem, zainteresowana czymś, co znalazła w ziemi. Poczekałem jeszcze moment, by się upewnić i ruszyłem.
Zdążyła pisnąć i to było najgorsze. Nie mogłem wytrzymać ich pisków. Wszystko inne znosiłem, nawet zapach krwi, ale piski były okropne.
Ważne było jednak to, że pierwsza ofiara za mną, bez większych problemów została upolowana, jeszcze tylko wiele, wiele więcej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz