Pojawiło się we mnie znowu to specjalne uczucie, które czasami pojawiało się, kiedy przebywałem w obecności Silvera lub Bonnie. Z każdym wdechem powietrza wypełnionego słowami zwiadowczyni, do moich płuc dostawało się coraz więcej eliksiru, który zdawał się powiększać moje serce, robiąc w nim więcej miejsca na łaskoczące pęcherzyki powietrza, które przesuwając na bok ciepłe wspomnienia, unosiły mnie do góry. Z tym przyszło też lekkie rozmazanie otoczenia, jakby wszystko stawało się nieco bardziej okrągłe, mniej ostre, a za tym mniej niebezpieczne. Ta emocja nigdy nie zawiodła i zawsze na moim pyszczku rozciągał się szeroki uśmiech. Dawno temu do moich uszu dotarła po raz pierwszy nazwa uczucia; szczęście, ale nigdy nie czułem, żeby była wystarczająca. Ignorowałem więc słowo, żeby skupić się bardziej na tym, co czułem. Zaśmiałem się, pozwalając, żeby razem z dźwiękiem do środowiska wypuścić trochę ciepłej ekscytacji.
- Nie męczysz mnie, ale co do… dogodności nie jestem pewien, bo… – zacząłem, a mój głos wypełnił się lekką niepewnością na końcu zdania, która nie była jednak w stanie wybić mnie z mojego dobrego humoru.
- Godność to imię - nieco podskoczyłem i natychmiastowo odwróciłem się w stronę, z której dobiegał dźwięk półszeptu. Fakt, że lis mógł poruszać się bezszelestnie pewnego dnia doprowadzi do zawału. Potrząsnąłem głową z uśmiechem w stronę Silvera i ponownie zwróciłem się do Bonnie.
- To jak? - dopytała, a jej oczywista energia wydawała mi się na tyle duża, że mogłem ją prawie widzieć. Stwierdziłem, że zdrobnienie będzie dobrym rozróżnieniem mnie i Aureona. Przez chwilę jeszcze się zastanawiałem, widząc, jak bomba w postaci zawsze mówiącej zwiadowczyni tyka.
- Możesz, możesz... - tryskająca z Bonnie ekscytacja rozlała się na dźwięk mojego potwierdzenia, jakbym pociągnął za spust rewolweru.
- Spektakularnie, panie A! Nie mogę się doczekać, aż sprawię, że zmienisz zdanie! - zażartowała, dostając ode mnie reakcję w postaci gradientu rozpoczynającego się od rozszerzonych oczu pełnych zdziwienia, a kończącego śmiechem. Suczka pokonywała przeszkody stojące na naszej drodze zdecydowanie zbyt długimi skokami, jakby starała się pozbyć swojej nadaktywności. Dosyć szybko mnie wyprzedziła.
- Nie dasz rady - odpowiedziałem prosto, równie zwyczajnie przechodząc nad truchłem w miarę cienkiego drzewa, które ziemia straciła na pewno zbyt szybko. Skupiony na nie zabiciu się przez gwałtowny kontakt z ziemią, nie zauważyłem nawet, kiedy zwiadowczyni zawróciła, zatrzymując się tuż przede mną.
- To brzmi jak wyzwanie, Aurek! Takie, które chętnie przyjmę - powiedziała z pewnością siebie, patrząc mi prosto w oczy.
- Chętnie usłyszę próby - odpowiedziałem z uśmiechem.
~
Zachodziło właśnie słońce, a wędrująca sfora zbierała się do spoczynku. Ja sam dopiero zaczynałem myśleć jak strażnik, rozglądając się za niebezpieczeństwami, które mogłyby zagrozić psom. Chronienie sfory stawało się dla mnie coraz ważniejsze z czasem i traktowałem zajęcie coraz poważniej. Starałem się nie rozpraszać się, chociaż to trudne, kiedy twoją pracą jest głównie patrzenie się w przestrzeń i szukanie anomalii. Ułatwiało to inną sprawę, którą było przyzwyczajenie się do tego, jak działa psie społeczeństwo. Dzięki obserwacji rozumiałem je już lepiej, chociaż czasami dalej czułem się tak, jakbym był obcy w sforze. Na szczęście miałem też Silvera, który czasami poprawiał moją gramatykę i przypominał słowa i Bonnie, która od czasu do czasu zmuszała mnie do małych rozmów z innymi psami. Kiedy nie byłem zajęty obowiązkami, starałem się przykleić do jednego z nich (lub obu) i jakimś cudem przeżyć bez całkowitego zawstydzenia siebie głupim pytaniem.
Moje oczy się zrelaksowały, kiedy mój mózg przejęły myśli o mojej roli w sforze. Wiedziałem, że sprawi to, że zdecydowanie łatwiej byłoby się do mnie zakraść. Po kilku próbach poddałem się w misji odwrócenia oczu od jednego punktu na horyzoncie. Po nosie zaczęła łaskotać mnie długa trawa, która rosła na łące. Na początku nie zwracałem na nią uwagi, myśląc, że to tylko wiatr. Kiedy źdźbło po kilku sekundach dalej nie zniknęło, doszedł do mojego umysłu sygnał o tym, że coś było nie tak. Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na roślinę, lekko zezując i wypełniając pyszczek zdziwieniem. Do moich uszu dostał się śmiech Bonnie, na co od razu się uśmiechnąłem i odsunąłem od trawy.
- Bardzo śmieszne... - zacząłem, jednak zwiadowczyni mi przerwała.
- To była najlepsza reakcja, jaką ktokolwiek mi dzisiaj dał! - wykrzyknęła, wypełniając powietrze wokół siebie rozbawieniem.
- Bonnie, muszę chronić sfory, obowiązki... - próbowałem ją od siebie odpędzić, by kontynuować próby pełnienia obowiązków.
- Spełniasz je patrząc na krzak? Chodź, sprawdzimy otoczenie, to będzie bardziej produktywne, panie strażniku - westchnąłem na jej słowa, wiedząc, że ma rację mówiąc, że wlepianie oczu w chaszcze nie pomaga sforze. Wstałem więc, kiedy Bonnie rozpoczęła energetyczny marsz, zacząłem podążać za nią. Za każdym razem, kiedy szedłem przy jej boku, dziękowałem Bogom za moje długie nogi, bez których dotrzymanie jej kroku byłoby nieco trudniejsze.
- Mam pytanie - oznajmiłem, sprawiając, że Bonnie lekko zwolniła, widocznie zaciekawiona.
- Lingwistyczne? - zapytała, wprowadzając mnie w zmieszanie, która na szczęście zauważyła. - W sensie takie językowe? - poprawiła się, na co ja przytaknąłem.
- Silver mi powiedział o takich imionach dla psów, których się kocha, ale powiedział mi tylko jedno i chcę znać więcej - wyjaśniłem, próbując jak najlepiej wytłumaczyć, o co mi chodziło.
- To jakie jest to jedno, które znasz? - dociekła, najprawdopodobniej po to, by unikać powtórzeń.
- Powiedział, że będę potrzebować tylko "śmieć" bo jest najlepsze - odpowiedziałem, jednak zamiast dania mi oczekiwanej pomocy językowej, Bonnie nagle się zatrzymała.
<Bonnie?>


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz