4.17.2020
Od Merlaux cd. Solangelo
Obecność innych stworzeń skutecznie zaintrygowała mnie. Może właśnie w tejże chwili zaistniała dla mnie możliwość, abym mógł dostać się pośród łaski innych psowatych braci i może jeszcze potrafiących odpowiednio zaprawiać pożywienie. Ostatecznie któż inny mógłby tak zbliżać się do obozu?
Ta myśl sprawiała, że pomimo otaczającego mnie i zjawiskowego Solangelo mroku, uwidocznił się we mnie pierwiastek radości. Nie poświęcałem myśli zmartwieniom komunikacji. Wbrew słowom mojego kompana, wymknąłem się naprzód.
- Spokojnie. - szepnął samiec tonem nawet cichszym niż dotychczas, podejmując próbę przepierzenia swoją osobą mojej drogi. - Powinniśmy być uważni.
- Och, ujawnijmy się tym synom matek o wątpliwej reputacji! - ozwałem się w poruszeniu, trochę niczym niespokojny szczeniak.
- Czemu po prostu nie powiesz "sukinsynom"? - działania Solangelo jednak były w stanie na jeszcze chwilę zdusić mój pośpiech. Nie byłem w stanie pozwolić, aby żył w ciemności.
- Rozważ to oszczerstwo.
- Em, no tak...a z resztą. Nie myślę, aby to była jakaś grupa, prędze... Mer, Merlaux!
Ostatecznie uznałem, iż niekulturalnie jest tak do kogoś podchodzić. Uczyniłem użytek z zamyślenia pobratymca i wykonałem kilka susów ku świetlistej przyszłości. W swej determinacji byłem gotów nawet zbagatelizować ciemność. Słysząc za sobą próby zawrócenia moich kroków, przemierzyłem dzielący mnie obszar i zatrzymałem się tuż przed swoim celem, szykując już słowa powitania. Wyprostowałem się wyniośle, po czym wraz z unoszeniem mojego wzroku, nastąpił proces zupełnie odwrotny. Dreszcz temperatury mrozu przemknął wzdłuż mego kręgosłupa.
Oh.
Oh oh.
Paciorkowate oczy rozświetlone łaknieniem mordu. Olbrzymia postura wznosząca się wyżej niż głowa mego ojca na przyjęciach. Oddech o wadze żelaza i rozwarta po części paszcza ukazująca rząd szpiczastych kłów. Tenże opis może nawet i mógłby przedstawić reprezentanta wilczego plemienia, jednak tym razem miałem pewność, że naprzeciw takowego nie stałem. Co więcej - miałem zbieżne przeczucie co do tego, że nie mierzę się wzrokiem ze stworzeniem, jakie mogłoby mi zaoferować jadło, a nawet prędzej ono skłaniałoby się ku żywieniu przekonania, że to ja powinienem zwiastować posiłek. Ośmieliłem spróbować się uśmiechnąć nieznacznie.
- Proszę wybaczyć. Idźcie swoją drogą. - oświadczyłem, ponieważ znam maniery, a także sytuacje, kiedy można z nich skorzystać, a po wypowiedzeniu swych słów z zaangażowaniem ustąpiłem z obranej przez istotę ścieżki. W swej gorliwości prędko znalazłem się tuż obok Solangelo. Jego osłupienie porównywalne było do tego, jakie dane mi było uchwycić u drapieżnika. - Z takowymi nie prowadzę dyplomacji! - odezwałem się do niego, a nie aż tak daleko od nas rozległo się masowe łamanie gałęzi i tratowanie roślinek. - Dźwiedź!!
- W sensie nie...
- Nie nie! Dźwiedź! Przeklęty dźwiedź prosto z najgłęb... - pies skutecznie mnie uciszył.
- Mer, teraz nie mówimy. Teraz uciekamy. - zauważył, zwracając jeszcze prędko głowę stronę ku zbliżającym się odgłosom, a następnie ruszył w zupełnie przeciwną stronę. Pomyślałem przez chwilę, czy na pewno wyruszenie jego śladem byłoby najlepszym rozwiązaniem, aby ostatecznie zadecydować, że... tak, jak najbardziej. Wysiłek fizyczny nakierowany na ucieczkę nie był moim zdaniem najlepszym sposobem na spędzenie czasu. W tym wypadku jednak moje ciało już całkiem prędko zdążyło to zauważyć, chociaż przekonane motywacją na początku nawet było gotowe zmierzyć się z bardziej doświadczonym strażnikiem.
- Kontynuując, co nie zostało skończone. - odwrót pośród ciszy byłby straconą chwilą życia. - Jest to dźwiedź z najgłębszych otchłani piekielnych, jakiego pięćdziesiąt biesów musiało tutaj wnosić, a... a na-hwet Syzyhf był rad, że mu przypadł głaaz...
- Nie odpadaj tak po prostu. - rzucił Solangelo. Poczciwe z jego strony było to, że nie pozwalał sobie na czyny zgodne z myślą, że jeżeli drapieżca dopadnie jednego, drugi nie będzie już zagrożony. Miałem ochotę odpowiedzieć zaraz, jednak nierówność mego oddechu okazała się być zbyt doskwierającą przeszkodą. - Tu. Na drzewo. - skoczył ku jednemu z okolicznych starodrzewi. Z braku lepszych perspektyw uczyniłem tak i ja. Zarówno pień jak i gałęzie były niezwykle grube na początku, więc nie było to przyczyną kolejnych problemów. Wyżej jednak nie było zbyt przyjemnie. Moje łapy próbowały znaleźć oparcie w mrocznej pustce czy ześlizgiwały się, aby później opuszki mogły się zatrzymać, będąc jednocześnie przeoranymi przez ostrzejszą korę. Mojej sympatii też nie wzbudzał fakt, iż słyszałem nie aż tak daleko od siebie próby dźwiedzia. Słyszalnie również potrafił się wspinać.
Prychnąłem, kiedy jedna z tylnych łap Solangelo uderzyła we mnie. Otrząsnąłem pysk i z motywacją w postaci niepowtórzenia tego ponownie, niemalże zmierzyłem się z psem, ryzykując ponowne wpadnięcie w przepaść. Mój kompan posłał szybkie spojrzenie ku nieprzerwanie podążającej za nami istocie, po czym rozejrzał się. Błysk księżycowej łuny odbił się w jego oczach, kiedy spoczęły na niedalekiej cieńszej gałęzi, należącej do innego drzewa.
- Nie porwiecie się na to. - stanowczo zaprzeczyłem, ziając i podkreślając swą wypowiedź ruchem głowy. Dokuczał mi ból w obiektywnie każdej części mojego ciała, a wzrok ćmił się, odcinając od większości bodźców nawet i widzialnego w ciemności otoczenia.
- Tam nas nie dostanie. - odparł rychło pies. - Skacz pierwszy.
Podjąłem próbę cofnięcia się, jednak dźwiedzie pazury wbiły się tuż obok mnie. Posłałem się wprzód, spoglądając na chwilę prosto w oczy odejściu na wieki. Moje łapy jednak nie napotkały gałęzi. Leciałem więc w jedyną możliwą dla mnie stronę - w dół, precyzując. Opornie było mi znaleźć określenia będące w stanie pokwitować tę sytuację. Śmierć ze świadomością ironicznie niewygodnych ostatnich słów nie przysparzała mi zbyt wiele satysfakcji...
Jakaś siła musiała podzielić mój pogląd, ponieważ zaraz poczułem rozchodzący się stopniowo ból wiązany ze spowolnieniem mego upadku. Dotarł mnie szelest oraz chrzęst. Sfery zaprzestały wirowania wokół mnie. Westchnąłem z bolesności wżynających się w skórę pnączy. Pomiędzy moimi łapami a podłożem nie było odległości wyższej niż wielkość wcześniej widzianego dźwiedzia, co w tymże momencie wydało mi się niewiarygodnie niską daną. Uniosłem wzrok ku masywnej sylwetce, teraz zamierzającej się z powrotem na ziemię, a sam podjąłem próbę oswobodzenia się. Łodygi jednak w swej cienkości były niepowszednio mnogie. Z odsieczą przybył mi jednak Solangelo. Niewątpliwie umyślił, iż ciągnięcie za odpowiednie części rośliny, pozwoli na stopniowe wznoszenie mnie ku gałęziom. Niejedno pnącze co prawda się zerwało, jednak im większa odległość od rozwartego kłami pyska bestii, tym właściwiej. Wreszcie trafiłem na sąsiednią psu gałąź, jeszcze nie do końca uwolniony z uwiązań. To drzewo było dawało szczytowemu drapieżnikowi znacznie mniej możliwości na wdrapanie się. Dźwiedź rozsadowił się przy korzeniach, wpatrując się w nas.
- Wszystko w porządku? - dane mi było usłyszeć pytanie po znacznej chwili milczenia, przerywanego obustronnym dyszeniem.
- Jestem wdzięczny za słowa takie jak "nadzwyczajny", albowiem bez ich obecności nie miałabym zbyt wielu określeń, żeby was opisać. - dołożyłem starań, aby oprzeć głowę o sierść samca, jednak nieprzyjemny trzask spod moich łap przerwał mi tę próbę.
- Zrozumiem to jako nie, ale jak w normie. - zaistniała kolejna długa cisza. - Jeżeli będzie kolejny raz, to nie wyskakuj tak, Merlaux.
- Rozważę to. Tym prędzej, że od dziś nie darzę sympatią dźwiedzi. - przyznałem, stopniowo zwiększając głośność głosu i rzucając siedzącemu niżej stworzeniu wzgardliwe spojrzenie, aby ostatecznie zupełnie zwrócić się do niego. - Niech wszyscy pogratulują wdowie na waszym pogrzebie!
- Nawet z ni- z tym swoim dźwiedziem jesteś na "wy"?
- W ich przypadku dystansuję się.
- Postaram się to rozumieć. - Solangelo umieścił swój wzrok w dali. - I nie jestem pewien, czy ktoś ci już to mówił, ale to nie jest dźwiedź, a niedźwiedź.
- Jeżeliby nie dźwiedź, to z czym mamy do czynienia?
- W sensie "nie" oraz "dźwiedź" są w jednym słowie.
- Hm, to ma prawo mieć sens. - zaakceptowałem to stwierdzenie. - Nie z rzeczownikami bywa pisane łącznie.
- To nie jest ta zasada, ale jeżeli chcesz to tak sobie tłumaczyć... Tak naprawdę to "nie" nie jest zaprzeczeniem. Nie istnieje coś takiego dźwiedź i antydźwiedź. Jest tylko niedźwiedź.
- Antydźwiedź istnieje. Jeden prawdę rzekłszy. Miano Antarktydy wywodzi się z tego, że kontynent jest naprzeciwko Wielkiej Dźwiedzicy. Dźwiedź czy też niedźwiedź to arktos z greki, a partykuła ant- to anty-. W ten sposób udowadniam, że Antydźwiedź jak najbardziej jest.
- Mer, przysięgam, że jeszcze chwila, a skoczę.
- Mimo wszystko mogę skłonić się, że niedźwiedzie istnieją. Wiele już księżyców minęło, odkąd przedstawiono mi toperze... - znajdująca poniżej bestia postanowiła zaryczeć rzewnie, a Solangelo spojrzał się za nią w pełni zrozumienia. - Dane mi było usłyszeć je, jako "o nie! To perz!". Wyprowadzono mnie wtedy z błędu, że mam do czynienia z perzami.
- Skaczę. - stwierdził mój rozmówca i pochylił się do przodu.
- Skoro aż tak wyjątkowo nie cierpicie toperzy, możemy zmienić przedmiot dyskusji.
- Całe szczęście. Wiesz, Mer, w tej całej ostatniej sytuacji brakowało mi, abyś przynajmniej kilka razy krzyknął takie "Sacrebleu!". Pasowałoby.
- A jednak ponówmy moment, kiedy planowaliście skakać. - obróciłem się, chcąc obrazić się chwilowo, aczkolwiek nieznaczny trzask odwiódł mnie od tego zamiaru.
- Zastanawia mnie, Mer, czy po tej całej dzisiejszej gonitwie będziesz jeszcze chciał być strażnikiem?
- Dlaczego miałbym zmienić swe zdanie? - przechyliłem głowę. - Skutecznie odwróciliśmy uwagę. Jesteśmy bohaterami! To takie romantyczne! Moi przodkowie byliby w pełni dumy... Zapewne dostanę własny obraz nad kominkiem, kiedy napiszę o tym ojcu. Albo już mogę nawet wyobrazić sobie, jak przeleję tę przygodę pośród książkowe stronice. - byłem gotów zupełnego oddania się światu pragnień, jednakże kawałek lodu dostał się pomiędzy me myśli. Wstrzymałem się i rozejrzałem na tyle gorączkowo, na ile nie ograniczały mnie możliwości złamania gałęzi. - Ale... w tym wszystkim myślicie, że ktoś po nas zaraz przybędzie, prawda?
Solangelo?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz