Jak ja trafiłem na drzewo? Znaczy, wiedziałem, jak trafiłem na drzewo, żeby przeżyć, ale jak ten spokojny wieczór zmienił się w szaleństwo. Eh, a trzeba było zostać kucharzem. Gotować nie umiałem, ale byłoby bezpieczniej. Nie widziałem, czy ogień jeszcze się dopalał. Naszej nieobecności raczej i tak nikt nie zauważy. Nie było powiedziane, gdzie dokładnie strażnicy mieli siedzieć, a nawet ja zauważyłem, że wielu wolało krążyć nieco dalej od obozu. Większe bezpieczeństwo, a może łatwiej wykrywać wrogów, gdy nie masz obok siebie śpiącej gromady. Nie byłem pewien, nie pełniłem tego stanowiska zbyt długo.
Poprawiłem się na gałęzi i zerknąłem na mojego towarzysza niewoli, czy przypadkiem nie potknie się i nie zleci na łeb na miśka. Przepraszam, dźwiedzia. Mimo wszystko, zadał on całkiem rozsądne pytanie. Umieli liczyć do dwudziestu paru, raczej nie powinno być z tym problemu, zauważą o porannku, że dwóch brakuje.
- Nie ma kto obudzić drugiej warty - mruknąłem. Teoretycznie ktoś mógłby wstać z własnej woli, ale szansa na to była mała. Kto normalny ruszyłby się w środku nocy po coś innego niż wycieczkę w krzaki za potrzebą? Nikt, po prostu nikt. To oznaczało, że pewnie do rana będziemy musieli liczyć na wytrzymałość pniaka.
- Ah, czyli jesteśmy ich jedynymi obrońcami aż do świtu - powiedział Mer. Za bardzo się wyciągał do góry, żeby to było bezpieczne. Już się gotowałem, do łapania go, gdy będzie spadał. On na pewno spadnie. - We wdzięczności przyjadą i pomogą nam pozbyć się tego potwora.
- Nie liczyłbym na to. Ojciec prędzej się wkurzy, że opuściliśmy służbę. Poczeka trochę i może zostawi parę zwiadowców, żeby nas poszukali. Dwa psy na niewiele się zdadzą przy niedźwiedziu, Mer.
- Nie doceniacie potęgi naszego gatunku! Psy mogłyby być królami świata, gdybyśmy nie byli dostatecznie uprzejmi, by oddać tę rolę ludziom.
- Mieszkaliśmy kiedyś w zamku, wiesz? - Nie mogłem się powstrzymać. Nawet w ciemności dało się zobaczyć tę zmianę w wyrazie jego pyska.
- Czyli wy też wybraliście przygodę. Całą gromadą! Przed siebie! Ah, jak się cieszę, że do was dotarłem. Znalazłem całą grupę bratnich dusz.
- Emm, no niezupełnie, bardziej zostaliśmy zmuszeni. Do odejścia. A przynajmniej tak słyszałem. Wrogowie odbili nam zamek. - Mój towarzysz milczał przez chwilę i już myślałem, że zniszczyłem tę romantyczną bańkę, w której żył, ale nie.
- Weterani! Ale to jest romantyczne. - Misiek chyba się z nim zgadzał, bo aż warknął. Podskoczyłem z zaskoczenia, łapa mi się obsunęła i przez sekundę serce mi się zatrzymało, ale miałem jeszcze trzy. Przytrzymałem się. - Uważajcie.
- Uważam, uważam - prychnąłem. Nie spadnę pierwszy. Najlepiej, żebym nie był też drugi, ale zdecydowanie, nie pierwszy.
- Ciągle właściwie nie daliście mi odpowiedzi.
- Hmm? - A tak w gruncie rzeczy, to włochaty potwór musi mieć jakieś inne zajęcia, dzieci do wykarmienia czy zajączki do sterroryzowania. Nie słuchałem dokładnie tego, co Mer mu nawijał, ale najwyraźniej bardzo go zdenerwowało. Co jakiś czas unosił łeb i patrzył, czy nie postanowimy może zejść na kolację. Dziś serwowana psina po francusku i côtelette du border.
- Co robimy?
- Nie zadałeś mi tego pytania.
- Zadałem, ale może nie usłyszeliście albo zignorowaliście, ale wierzę w wasze dobre intencje, zapewne strach tak wam w pamięci zamieszał, ale nie martwcie się, nie jesteście w tej sytuacji sami. Pamiętajcie, wspólnie stawiamy czoła zagrożeniu, ale zakładałem, że macie jakieś dalsze pomysły, skoro tak sprytnie wymyśliliście wspinaczkę na drzewo.
- Słuchaj, bracie…
- Chociaż jest między nami jakieś podobieństwo, to zapewniam, że wiedziałbym o naszym pokrewieństwie. Uważnie przestudiowałem swoje drzewo genealogiczne.
- Stary…
- Mam cztery lat, nie sądzę, że powinniście nazywać…
- No teraz to ty po prostu mnie męczysz. I nie wiem, co robimy. Czekamy, aż naszemu przyjacielowi znudzi się siedzenie tu lub przyjdą zwiadowcy - odpowiedziałem, układając pysk na łapie. Adrenalina zaczęła już opadać, wymieniając się ze zmęczeniem, ale przysypianie w tej chwili było najgorszym możliwym pomysłem.
- Nie jestem specjalistą w sprawach niedźwiedzi, ale nie sądzicie, że ten może spróbować nas stąd zrzucić? Wydaje się bardzo pragnąć bliskiego spotkania.
- Nie wiem Mer, nie spotkałem zbyt wielu w swoim życiu. Pomyślę nad tym.
W sforze dwa razy widziałem miśka, raz na lekcji, raz samemu, zawsze byłem daleko i niebezpieczeństwo w praktyce żadne. Wiedziałem za to parę rzeczy ze szkoły i od Sarah. Zaczynał się ten okres, gdy małe niedźwiedziątka wychodziły już z jam i kręciły się po okolicy, a mamy niedźwiedzie dostawały zawału i martwiły się o wszelkie niebezpieczeństwa. My byliśmy właśnie niebezpieczeństwem, a nie mogliśmy przecież zawołać do niej “Hej, słuchaj, nic nie zrobimy” i liczyć na jakąkolwiek odpowiedź. Jakimś sposobem komunikacja ze wszystkimi gatunkami stała się jeszcze trudniejsza, od kiedy opuściłem okolicę sfory. Tam jeszcze zdarzało się, że z bardziej inteligentnym mięsożercą dało się nawet pogawędzić, a teraz ni w ząb, każdy po swojemu. Udawanie martwego ma pięćdziesiąt procent szans powodzenia, czyli co najmniej o czterdzieści za mało. Pewnie pomiotłaby nami na prawo i lewo, ale psie kości to nie są już tak wytrzymałe i mogłyby nam czachy pęknąć. Już i tak popełniliśmy błąd biegnąc, ale z tym już nic się nie zrobi, a ona (już założyłem, że to ona, nie ma co zmieniać) czekała. Było parę substancji, które mogłyby ją odstraszyć, ale żadne rosły na dębach.
- Mamy szczęście, że to nie niedźwiedź czarny - mruknąłem, chcąc dać Merowi ewentualnie jakiś temat do podchwycenia. Rozmowa chociaż powstrzyma moje powieki przed opadaniem, a nic sensownego i tak nie mogłem wymyślić. - One są jak mięsożerne wiewiórki.
- O takich nie słyszałem. Zwykłe zdarzało mi się spotykać, moi towarzysze nawet byli w stanie użyć ich ogonów do zrobienia szalu. Nie wiem, jak oni je ostrzygli, ale wierzę, że odbyło się to za całkowitą zgodą wiewiórek.
- Z tych, o których mówię, cały płaszcz można by uszyć. Nawet nie taki na ciebie, tylko na Billa. Wiesz, który to Bill? Taki, co jest wiecznie niezadowolony, czarny i gruby. Znaczy umięśniony.
- Rzeczywiście niebezpiecznie brzmi taka wiewiórka. - Mer pokiwał łbem poważnie. - Zapewne wyglądają majestatycznie z tak dużymi ogonami. Wolę spotykać się jednak z takim niedźwiedziem.
- Z niej też można zrobić przyjemny płaszczyk. - Uśmiechnąłem się pod nosem. - Albo kocyk na przyszłą zimę.
- Posiadacie takie umiejętności, by stworzyć koc?
- A nie wiem, nigdy nie próbowałem. Może i tak. Bierzesz futro i... sklejasz? Wiążesz ze sobą. Coś bym wymyślił.
Nasza wielka, gruba, włochata towarzyszka nagle powstała z ziemi. Wyciągnąłem się pomiędzy gałęziami, żeby lepiej zobaczyć, co ona tam robi. Liście zdążyły już się rozrosnąć na tyle, że nie widziałem nic praktycznie, poza tym, co dokładnie pode mną. Przestałem słyszeć kroki, które i tak był zagłuszone przez trawę.
- Ej Mer, gdzie ona jest?
- Spróbuję ją wpatrzeć - powiedział i wychylił się do przodu.
- Hej, nie spadaj mi teraz - wyciągnąłem łapę. Już widziałem, jak łamie sobie kark źle zlatując. - Próbujemy? - zapytałem. - Może się nami znudziła i wróciła do legowiska.
(Masz Mer, niezupełnie zadowolona jestem, ale masz)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz