4.05.2020

Od Alaski do Vincenta

    Spoglądałam z nieciekawą miną w przepaść ziejącą tuż pode mną. Stałam bowiem po środku płytkiego nurtu górskiego ruczaju, a w dole cienka stróżka wody znikała w otchłani urwiska, podróżując samotnie przez mgłę ku zgubie. Zimna woda gasiła w niej wszelkie lęki. Dwieście metrów jak nic, chociaż ocenę wysokości znacznie utrudniały chmury. Silny wiatr wprawiał w drżenie łapy pokryte teraz pulsującymi, szarymi kleksami, futro zostało już dawno temu przewiane, wychładzając moje drobne ciałko. Co by było, gdybym teraz skoczyła? Niedorzeczna myśl krążyła mi chwilę po głowie, powodując nagły skok adrenaliny. Postawiłam dalej lewą, drżącą od wewnętrznych emocji łapę. A potem drugą. W umyśle, mimo wszystko, panował spokój. Czy po śmierci spotkam Jima? Westchnęłam przeciągle, niczym italijski filozof, rozkoszując się czystym powietrzem. Oddychanie nim, kiedy było tak zimne, ostre wręcz, w połączeniu z naprzemiennymi, chłodnymi i ciepłymi podmuchami wiatru sprawiało mi niemalże ból. Była to jednak z niewielu rzeczy, jakie kochałam. Postąpiłam jeszcze jeden krok na przód, spoglądając bez cienia obawy w ów mały koniec świata. Nagle jednak zawiało mocno, wytrącając mnie z równowagi. W tej krótkiej chwili grozy rozpaczliwie próbowałam pewnie stanąć na wszystkich łapach, przytomniejąc. To mnie zmusiło do cofnięcia się. Z lekka zawiedzioną miną odwróciłam się w kierunku wiosennego pustkowia, posłanego gęsto kwitnącym wrzosem, mchem i porostami. Z tęskną miną spojrzałam jeszcze raz przez ramię, żegnając kolejne piękne miejsce w tych górach. Wędrowałam piąty dzień, szwendając się bez celu. Czy kiedyś... Nagle mój wzrok przeleciał na lewo, w stronę niewidocznych dotąd wzniesień. Pobiegłam w kierunku oświetlonego teraz szczytu, znów stając na krawędzi. Oto przede mną rysowała się w promieniach słońca ogromna brama. Wychyliłam się niebezpiecznie ponad krawędź, jakby tracąc zmysły, przymknęłam powieki i rozkoszowałam się bijącą od cudownego tworu energią. Na moje nieszczęście, nagle jedna z łap osunęła się w dół przepaści, a zanim zdążyłam zareagować, poleciałam całą sobą. Poczęłam miotać się na oślep, nieprzygotowana na śmierć. Uczucie lotu wzbudziło we mnie przerażenie. Zapiekło mnie czoło od stresu, kiedy nagle TRACH! Grzmotnęłam w coś twardego, najwyraźniej w skałę. Wylądowałam ciężko na plecach. Paraliżujący ból w prawym biodrze promieniował na resztę ciała, uniemożliwiając mi ruchy, oddychanie. Zdusiłam w sobie płacz.
    Obudziłam się. Łzy popłynęły mi strumyczkiem podobnym do tego górskiego, widzianego wcześniej. Nagle poczułam drganie powietrza, następnie obecność. Zbliżało się do mnie jakieś duże stworzenie. Pytanie tylko, jakie ma zamiary? Jeszcze nie widziałam postaci, ale zapewne obcy widział mnie. Leżałam bowiem na wysuniętej półce skalnej, częściowo schowana za karłowatym drzewkiem, rosnącym na kamieniu. Po kilkunastu sekundach ciągnących się w przerażającą nieskończoność, ujrzałam wielką, zwartą sylwetkę. 

Vincent?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz