2.01.2020

Od Timotei'a - Retrospekcja#2

Nie spędziłem zbyt wielu czasu przy ciele siostry. Na korytarzu wkrótce od nowa zapanował chaos. Być może korytarze zamku cały czas były nim wypełnione, a ja po prostu nie zwracałem na to uwagi, będąc głęboko pogrążony w żałobie po stracie najstarszej siostry.
W każdym razie hałas szybko na nowo dotarł do moich uszu.
Psy przeciskały się do schodów, depcząc sobie nawzajem po łapach i ogonach. W tle słychać było ich skomlenie i zawodzenie. Widząc, co się dzieje, resztkami sił przeciągnąłem Sponge pod ścianę, aby nieczuły tłum jej nie staranował. Nie mogłem na to pozwolić. Nie chciałem tego widzieć.
Wciąż łkałem przy ciele siostry, na nowo nie zważając uwagi na hałas i tłum psów, dopóki nie usłyszałem czyjegoś stanowczego głosu nad moją głową.
— Trzeba iść.
Pociągnąłem nosem i uniosłem niemrawo głowę. Obraz przed oczami miałem rozmazany przez napływające łzy, dlatego w pierwszej chwili myślałem, że widzę przed sobą wilka. Szara sierść i szlachetna sylwetka sprawiła, że instynktownie położyłem po sobie uszy. Dopiero gdy zamrugałem, rozpoznałem Persefonę. Stała, wlepiając we mnie swój stalowy wzrok.
— Jej już nie pomożesz — dodała, a ja poczułem się jeszcze gorzej, gdy myślałem, że gorzej poczuć się nie mogę.
Swój wzrok znowu przeniosłem na siostrę. Ale tak bardzo chciałbym jej pomóc – pomyślałem zrozpaczony, a moje ciało objęło poczucie winy.
— N-Nie mogę jej zostawić — odparłem drżącym głosem.
Myśl, że miałem ją zostawić samą, przerażała mnie. Wszystko mnie przerażało.
— Później ją pochowamy. Trzeba iść.
 Suczka spojrzała gdzieś w stronę korytarza.
— Wilki wkrótce ponownie uderzą.
Nie chciałem zostawić Sponge, ale nie potrafiłem sprzeciwić się Persefonie. Nie miałem odwagi się jej przeciwstawić, choć bardzo chciałem zostać przy Sponge.
Patrzyłem na siostrę, aby zapamiętać jej każdy szczegół, każdą rysę jej pyszczka. Ostatni raz przysunąłem pyszczek do jej boku, wciągając jej zapach.
— Dziękuję za wszystko. Kocham cię i nigdy o tobie nie zapomnę.
Nie chciałem, aby moje słowa brzmiały jak pożegnanie – musiałem ją pochować. Z drugiej strony bałem się, że nie będzie takiej możliwości i już nigdy jej nie zobaczę. Starałem odpędzić te straszne myśli, które postanowiły osiedlić się z tyłu mojej głowy.
Wstałem na drżących łapach i dałem się poprowadzić Persefonie.
Schodziliśmy piętro po piętrze, aż nie znaleźliśmy się na parterze. Chciałem iść do wyjścia, ale suczka mnie powstrzymała.
— Tamtędy nie wyjdziemy – przez wrota próbują przedrzeć się wilki — wyjaśniła. — Wyjdziemy innym wyjściem.
Z zamku udało nam się wyjść za pomocą dziury. Nie wiedziałem jakim sposobem udało się wyburzyć niewielką część ściany kuchni. Liczyło się tylko to, że znalazło się jakieś wyjście. Główne wrota zostały otoczone przez wilki. Nie dało się przez nie wyjść.
Na zewnątrz wyszliśmy wraz z grupą psów, które bez zatrzymania ruszyły biegiem do lasu – prawdopodobniej jedynej drogi ucieczki przed zębiskami wilków i ostrymi pazurami kotów.
Do moich nozdrzy wdarł się nie tylko zapach śniegu, ale i zapach śmierci, który oplótł moje ciało i zmierzwił moją białą pokrytą atramentem i krwią siostry sierść. Z przerażenia otworzyłem szerzej oczy, bojąc się, że śmierć uwięzi mnie w swoich sidłach, a ja nie będę potrafił się z nich uwolnić.
— Idźcie na południe – tam, na granicy utworzyła się grupa psów — powiedziała Persefona, która pomagała innym przejść przez dziurę w kamiennej ścianie. — Dołączcie do nich.
Z trudem ją słuchałem. Byłem roztargniony, zapach krwi mnie drażnił, a myślami cały czas byłem przy kochanej Sponge.
— Pod żadnym pozorem nie zatrzymujcie się – wilki zapewne również kryją się w tym lesie i mimo końca wojny nie będą powstrzymywać się przed atakiem. Jeśli nie wilki, to koty. Biegnijcie, biegnijcie najszybciej, jak potraficie. Na granicy będziecie bezpieczni. Tam odpoczniecie.
Po tych słowach weszła do zamku, z którego tak bardzo chciała nas wszystkich wydostać.
Poczułem, jak ogarnia mną panika. Czułem się pozostawiony sam sobie. Mimo słów Persefony nie wiedziałem co mam robić. Instynktownie ruszyłem za grupą psów, które nie straciły głowy, jak ja, tylko posłusznie posłuchały się Persefony i biegły do lasu.
Gdy znalazłem się między potężnymi pniami drzew, coś kazało mi się zatrzymać i zerknąć za siebie. Uczyniłem to, mimo ostatniej woli taty, który kazał mi, abym nie odwracał się za siebie. Wybacz mi, tato – przeprosiłem go w myślach, patrząc na zamek. Przez tę krótką chwilę zastanawiałem się, czy jeszcze kiedykolwiek go ujrzę. Mogło się przecież okazać, że już nigdy tutaj nie wrócimy. Moją głową zawładnęły wspomnienia, o których nie chciałem wtedy myśleć. Czy już nigdy nie przyjdzie mi zerknąć na drzwi komnaty, w której mieszkał mój tata, a w której wychowywał mnie z rodzeństwem? – zastanawiałem się. Czy już nigdy razem z Tiarą nie zjemy wspólnie śniadania w zamkowej stołówce?
Nagle czas stanął, a moje serce zaczęło wykrzykiwać jej imię.
Tiara!
Tiara!
Tiara!
Serce zabiło mi zrozpaczone, kiedy zdałem sobie sprawę, że o niej zapomniałem i wyszedłem bez niej z zamku. Potrząsnąłem głową żałośnie. Jak mogłem zapomnieć o miłości mojego życia? – skarciłem siebie. Jak mogłem? Miałem ochotę się położyć i rozpłakać, mimo zimnego śniegu, który kłuł opuszki moich łap. Tiara nigdy przenigdy mi tego nie wybaczy! Sam sobie tego nie wybaczę! Jak mogłem, jak! Jestem taki głupi! Łzy z łatwością znalazły drogę do moich oczu.
Odwróciłem głowę w stronę czarnej głębi lasu, gdzie miałem nadzieję zobaczyć moich towarzyszy, za którymi się udałem. Chciałem poprosić ich, abyśmy wrócili do zamku i powiedzieć, że jestem głupi, bo zostawiłem tam Tiarę. Z mojego pyska nie wydobyły się żadne słowa, kiedy przed sobą nie dostrzegłem ani jednego psa. Poszli w głąb lasu beze mnie! – stwierdziłem zrozpaczony, choć ten fakt nie był straszniejszy od pozostawieniu Tiary samej sobie wśród chaosu panującego w zamku i zgrai niebezpiecznych wilków.
Zadrżałam jednocześnie i z zimna i ze strachu.
Nie mogę jej zostawić! Mój wzrok znowu powędrował w stronę zamku. Muszę jej pomóc. Muszę-
Nie zrobiłem nawet kilku kroków, gdy usłyszałem głos dochodzący z głębi lasu:
— Gdzie ty idziesz? Rozum ci odjebało? W sumie to całkiem prawdopodobne patrząc na zaistniałe okoliczności...
Zatrzymałem się i zanim odwróciłem się za siebie, przełknąłem ślinę ze względu na palące gardło.
W ciemnościach ujrzałem tylko bursztynowe oczy, które mimo koloru, który każdemu kojarzy się zazwyczaj z ciepłem, zmroziły krew w moich żyłach. Sylwetka wilczycy wyłoniła się, w pełni ukazując jej umięśnioną i smukłą budowę ciała. Jej sierść pokryta była krwią.
Wiedziałem, że to już koniec. Wiedziałem, że nic mnie już nie uratuje. Podkuliłem ogon i skuliłem się, kładąc po sobie uszy. Zamknąłem oczy, oczekując najgorszego.
— Wstań — usłyszałem rozkazujący głos. Nie był to głos wilczycy. — Nie masz się czego obawiać.
Otworzyłem oczy, zdziwiony. Znałem skądś ten głos.
Obok wilczycy, która wlepiała we mnie zniesmaczony wzrok, stał cane corso, którego sierść zgrywała się z mrokiem panującym w lesie. Był to Bill, były dowódca wojowników. Spojrzałem to na wilczycę to na Billa, połączyłem fakty i nagle wszystko stało się jasne.
— Och...
Zarumieniłem się zawstydzony, zdając sobie sprawę z mojej głupoty. Wstałem, unikając wzroku córki Billa, którą wziąłem za wilczycę.
— Kolejny... — Przekręciła oczami. — Głupek!
— Przynajmniej cię nie zaatakował, a to już coś — zauważył Bill.
Kilmi zmierzyła mnie wzrokiem od łap do uszu.
— On? Proszę cię! — zaszydziła. — Już się boję. Normalnie łapy mam jak z galarety — jej ton ociekał sarkazmem. — Tylko spójrz na niego! Nie zaatakowałby mnie. Jest zwykłym tchórzem.
Byłem pewny, że za chwilę splunie, ale ona tylko stała wyprostowana i patrzyła na mnie z góry.
Spuściłem łeb. Miała rację.
— Chodź.
Podniosłem łeb, będąc pewien, że masywny pies zwraca się do swojej córki. Myliłem się - swoje słowo skierował do mnie.
— Gdzie?
— Do innych, tutaj nie jest bezpiecznie.
Kilka chwil analizowałem, to co powiedział.
— Mówisz o tworzącej się sforze na granicy terenów sfory?
Potwierdził, kiwnięciem łbem.
— A-Ale ja n-nie mogę... — ostatnie słowa wypowiedziałem bardzo cicho.
— Co?
Kilmi przekrzywiła głowę.
— N-Nie mogę.
— A, no to nara!
Kilmi już miała się odwrócić, ale wzrok Billa sprawił, że tego nie zrobiła. Nie ukrywała swojego niezadowolenia. Pies spojrzał na mnie, oczekując wyjaśnień. Spojrzałem na swoje łapy.
— Tiara, moja ukochana Tiara, została w zamku — głos mi się załamał. — Muszę po nią wrócić, muszę ją ocalić. W zamku jest niebezpiecznie, jest tam tyle wilków!
Przyglądałem się swoim drżącym łapom.
— Nie możesz tam wrócić.
Spojrzałem na niego z bólem, który wiercił mi dziurę w sercu..
— To zbyt niebezpieczne.
— A-Ale ja nie mogę jej tam zostawić!
Nie czekając na jego pozwolenie, odwróciłem się w stronę zamku. Zbyt długo byłem uległy innym. Musiałem pomóc Tiarze, uratować ją, choćby za cenę własnego życia.
Nim zrobiłem krok, potężna sylwetka Billa zdążyła zagrodzić mi drogę do zamku.
— Nigdzie nie idziesz - odparł stanowczym tonem, patrząc prosto w moje oczy. — Jesteś niedoświadczony, wilki rozszarpią cię na strzępy przy pierwszej lepszej okazji. Tak nie pomożesz Tiarze. Nie będzie z ciebie żadnego pożytku.
Zamknąłem na chwilę oczy, zdając sobie sprawę, że ma rację. Bolesna prawda.
— Muszę to zrobić. Będę o nią walczył nawet za cenę własnej śmierci.
Cane corso przyglądał mi się chwilę.
— Nie, dzisiaj nie zginiesz. Ja po nią pójdę.
Spojrzałem na niego zaskoczony.
— Że co? — Kilmi była tak samo zdziwiona, jak ja.
— Znajdę ją i przyprowadzę do ciebie. — Bill nie zwrócił uwagi na protest swojej córki, który był wyczuwalny w jej głosie i spojrzeniu.
Kilmi podeszła do nas i stanęła obok mnie, sprawiając tym gwałtownym ruchem, aby Bill na nią spojrzał.
— Zwariowałeś?
— To nie pierwsza moja walka z wilkami dobrze o tym wiesz.
Jego słowa jej nie przekonały.
— Przecież wrócę.
Bill z jednej strony wyglądał, jakby czekał na jej pozwolenie, a z drugiej jakby i tak podjął decyzję i mimo nie otrzymania jej pozwolenia, poszedłby po Tiarę.
Suczka westchnęła niezadowolona.
— Ale jak nie wrócisz, to cię znajdę i dobiję.
— Zgoda.
Gdy po raz setny podziękowałem Billowi za nieoczekiwaną pomoc, wytłumaczyłem, jak dokładnie wygląda Tiara.
— Bez przesady, mogłeś darować sobie wymieniać każdą rysę jej pyska — skomentowała Kilmi, gdy skończyłem, a ja ponownie się zarumieniłem.
— Zabierz go do obozu.
Oboje oczekiwaliśmy sprzeciwu suczki, ale ten nie nastąpił. Przytaknęła jedynie głową, nie patrząc na nas.
— Idź już — ponaglała Billa.
Bill spojrzał na nią z takim uczuciem, z jakim patrzył na mnie mój tata. Uchyliłem lekko pyszczek, gdy ominął mnie i podszedł do Kilmi. Oparł brodę o jej czubek głowy.
— Wrócę.
— Obiecujesz?
Bill walczył przez chwilę z własnymi myślami.
— Tak.
Wyglądał, jakby to jedno słowo kosztowało go wiele wysiłku. Uśmiechnąłem się lekko, na widok tak silnej więzi między ojcem a córką.
Bill odszedł bez pożegnania. Razem z Kilmi odprowadzaliśmy go wzrokiem, dopóki nie zniknął w dziurze ściany.
— A tobie co tak nagle się wesoło zrobiło? Idziemy.

Koniec
+1000

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz