2.11.2020

Od Cretchera cd. Brooklyn

— Sam już nie wiem. Czy jest sens? Z tak liczną rodziną można się bawić w zgadywanki, niezłe bingo by było. — Ten żart powiedział się sam, chyba ze zgorzknienia, jakie ostatnio mnie ogarniało. — Wybacz. Chodzi mi o to, że nie jestem w stanie nawet stwierdzić, kto jest żywy, a kto martwy. Gdybym miał wyliczać, jeszcze na pewno bym o kimś zapomniał. Dziadek żyje. Tego chyba nawet nie trzeba mówić, ten sukinsyn przetrwa wszystko. Nie wiem, gdzie jest babcia, mam szczerą nadzieję, że się pojawi. Stryj Pergilmes żyje, tak samo ciotka Eau. Wiem kto jest tutaj, wymieniłbym każdego z imienia. Jest część moich kuzynów. Jest Timotei, jest Alegria, jest Bonnie, Prestian, Millenium Falcon, Fobos i Wega. Nie wiem, czy chcę myśleć o tych, których nie ma. To są pytania, to są niekończące się, piętrzące pytania. Jak czerwone, wielkie litery, które pojawiają ci się przed oczami zasłaniając cokolwiek widzisz przed sobą. Mojego rodzeństwa dawno nie ma. Ale moi kuzyni. Widziałem martwą Sponge. Gdzie jest Syoss? Unicorn? Adele, Chantelle, Dustin, Eliot, Ashes. Solangelo, Thorin, Maleo, Black, Harlivy, Yowzah, Sveter – no gdzie? Artess, Aries, Andromeda. Gdzie? Moja siostra miała szczeniaki, przecież powinienem się nimi opiekować, nie obchodzi mnie, że byli dorośli. Gdzie jest Ivy? Effy? Z ich dzieci jest tu z nami tylko Mars. To moi siostrzeńcy drugiego stopnia, gdzie ja byłem, kiedy trzeba było zajmować się nimi? Tori, Faith, Flos, Idea, Deep, Senshi, Zero, Inoa. Oddałbym życie wszystkich szczeniąt pary alfa, żeby byli tutaj. — Zamilkłem na chwilę. — Pewnie nawet wymieniłem też tych, którzy odeszli ze sfory albo których bym nie rozpoznał. Dzieci Arthura to też moi kuzyni, ale byłbym w stanie zabić ich wszystkich za samą Sponge. Nie wiem, co się ze mną dzieje, nie powinienem tak mówić.
— Wojna zmienia — odparła Brooklyn. — Nawet nie wiesz jak bardzo.
— Dorastałem całe życie przekonany, że bym się w niej odnalazł. Próżne podejście, nie sądzisz?
Dostrzegłem cień uśmiechu na jej pysku. — Nie ty jeden. Nie powinieneś się zadręczać rodziną — dodała po chwili. — Chociażby z ograniczeń fizycznych, nie jesteś w stanie ocalić nawet połowy.
— Przepraszam, nie pomyślałem. Też miałaś liczną rodzinę.
— To zależy jak na to spojrzeć — odparła chłodno. — Nadal ty masz jej więcej.
— Mam. Albo miałem. Nigdy się chyba nie dowiem, ile podpada pod czas teraźniejszy, a ile pod przeszły. Tony nie żyje. Jego partnerka, Isobelle, to praktycznie moja ciotka. Luke, Pierniś, Crescendo z Phoebe, ich szczeniaki – Zhivago i Koe. Cadillac, Rudolfik. Primrose i Arthura już nie ma co wymieniać. Moja nadęta babka Jessie? Gdzie oni wszyscy są?
— Fryderyk Wilhelm tu jest.
— Jest.
— Zamartwianie się nic ci nie da, Cretcher. Wiem z doświadczenia.
Popatrzyłem na nią. Momentalnie poczułem się źle. O kogo ja się martwiłem? O starych wyjadaczy, kiedy ona miała na karku ogromne zmartwienie w postaci swojego dziecka. Bezbronnego szczeniaka.
— Wiem — westchnąłem. — Ale jak tu się nie zamartwiać?
— Uciekać w pracę — odparła po chwili. — To chyba jedyne, co mogę ci poradzić na ten moment. — Miała rację. Nic więcej nie powiedzieliśmy, zadarliśmy tylko łby i patrzyliśmy w niebo pełne gwiazd. Na jedyną pociechę na tamtą chwilę.
♠♠♠
Dni mijały, a wraz z nimi mijał krajobraz po naszych bokach, co wnosiło pewne poczucie zmiany stanu rzeczy, choć nadal nasze życie wyglądało dość monotonnie. Leniwie padał śnieg, kolorystyka naszego otoczenia pozostawała nieco monochromatyczna. Rzeka sunęła ciemnym nurtem, drzewa przy niej rosnące były niewiele jaśniejsze, nawet zieleń igieł zlewała się w jedną ciemność z mokrymi pniami i wodą. Wszystko było do siebie podobne, niebo pozostawało oślepiającą jasnością – poza bezchmurnymi dniami, gdy stawało się błękitem – a cienka warstwa śniegu zmuszała do mrużenia oczu nieskazitelną bielą. Nie było jednak zupełnie monotonnie, dotarliśmy bowiem do gęstego lasu, który przywitałem nadzieją na więcej pożywienia niż nieostrożne zające. Przyszedł moment, w którym zatrzymaliśmy się na dłużej niż noc. Wtedy właśnie uśmiechnąłem się pierwszy raz od dawna, gdy postanowiłem zignorować ostrzeżenia zwiadowców i zapuścić się samotnie w leśną gęstwinę. Brooklyn spotkałem wracając. Prawdopodobnie robiła obchód wśród naszej niewielkiej drużyny, sprawdzając raz jeszcze, czy wszyscy są. Przytrzymała się na mój widok, czemu się wcale nie dziwię. Mój biały pysk uwalany był krwią, a peleryna przesiąkła zupełnie, kapało z niej.
— Jesteś ranny? — spytała, chyba odruchowo. Wyczułem nutę zaniepokojenia, co mimowolnie mnie rozbawiło. Naprawdę, szczerzyłem się od ucha do ucha.
— Nie. Chodź mi pomóż, zobacz co mam.
Podeszła i wtedy zobaczyła powód mojego zadowolenia, a nawet – co za brak taktu – machania ogonem.
— Jeleń?
— Tak! Wystarczy dla wszystkich. Sam nie wiem, jak mi się udało go powalić, głód chyba dodaje sił, wbrew pozorom. — Moje mięśnie zaczęły prawie zanikać z braku porządnych treningów ze “starych dobrych”, ciepłych i zamkowych czasów urozmaiconej diety, pokrojonej i parującej znad talerzy.
— On ma dziurę — stwierdziła, ciągnąc go razem ze mną w kierunku rzeki.
— Nie mogłem się powstrzymać. Krtań była smaczna — stwierdziłem, lekko się wstydząc.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi. — Dobra robota, Cretcher. Chociaż nie mogę powiedzieć, że nie było ryzykownym zapuszczanie się do lasu, gdzie zaobserwowano nie tylko inne psy, ale też wilki.
— Im prawdopodobnie to zawdzięczam. — Wskazałem truchło. — Był już ranny, musiał uciec.
— Prosto w twoje łapy. Musisz się umyć, swoją drogą, wyglądasz koszmarnie.
— Umyję się. I miałem szczęście.
— Wierzysz w to?
— W co?
— W szczęście, los, jakąś wyższą kontrolę, jak zwał tak zwał.
— Kiedyś powiedziałbym ci, że nie. Ale teraz sam nie wiem. Rozmawiałem z duchem, przypomnę ci. Na starość traci się chyba opory przed czymkolwiek, a co za tym idzie w cokolwiek można już uwierzyć. — Zostawiłem mięso i poszedłem w kierunku lodowatej wody. Wszedłem do niej i opłukałem się, po czym odwróciłem z powrotem do Brooklyn.
— A ty?
(902. To jest 501)

Brooklyn?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz