Zadecydowałem, że zostanę myśliwym. Miałem pewne problemy z wyborem stanowiska, ponieważ nie byłem największym siłaczem, ale musiałem być przydatny, a ani medyk, ani pomocnik nie wydawały się odpowiednie dla mnie.
Strażnik, zwiadowca lub myśliwy. Obserwowanie bezustannie poruszających się leci, bieganie samotnie godzinami lub polowanie na mniejsze zwierzęta. W dzieciństwie tropienie wydawało mi się interesujące, mój węch był dobry, a ja co prawda nie miałem zbyt dużego doświadczenia, ale nie sądziłem, że będę miał większe problemy z łowieniem zająców.
Miałem racje, łowienie zwierząt nie było bardzo trudne - chociaż nie byłem zbyt szybki, ale umiałem się skradać i dość łatwo znajdowałem zające i krety. Nie próbowałem polowania na dziki, chociaż czasem, gdy czułem ich woń, miałem ochotę na nie zapolować, ale prawdopodobnie zakończyłoby się to nieprzyjemnościami. Nie przewidziałem jednak, jak wiele grupa dwudziestu czterech psów musi jeść, zwłaszcza, gdy są nieustannie zmęczone i w ruchu.
Przynajmniej miałem zajęcia. Nie myślałem o ojcu, o mamie i o Tym, mogłem zajmować się wyłącznie zdobywaniem jedzenia dla psów. A jego ciągle było za mało, chociaż prawdopodobnie przetrzebiłem już połowę obecnej populacji królików,czy też innych zajęcy, a nadal potrzeba było więcej i więcej.
To nie tak, że miałem obawy lub problemy z zabijaniem, było ono konieczne, jeżeli chcieliśmy przeżyć, musieliśmy jeść. Byliśmy psami, a psy niestety zmuszone były to spożywania mięsa, jeżeli chcieliśmy pozostawać zdrowi. Nie byłem co prawda medykiem, ale czytałem na tyle dużo książek, że wiedziałem, by nie opierać swojej diety na zupie z pokrzyw.
Było to raczej samotne zajęcie, chociaż podejrzewałem, że gdy znajdziemy większe ofiary, zacznę mieć więcej kontaktu z pozostałymi myśliwymi. Czekałem na to nawet odrobinę, ale głównie byłem zmęczony.
Wydawało mi się, że nieco zbyt mało spałem, ale nie przejmowałem się tym zanadto. Już zdarzało mi się zarywać noce przez książki, teraz jedynie wieczory, przez zmywanie krwi. Nie lubiłem przychodzić brudny do sforzan. Wiedziałem, że nie będę zbyt mocno ocenianiany, ale nadal wolałem prezentować się porządnie przed znajomymi.
Dzień nie był najlepszy i miałem problemy ze znalezieniem potencjalnych ofiar. Pierwsze dwie mi uciekły, gdyż niestety ruszyłem się zbyt szybko i nie podkradłem się dostatecznie blisko. Oznaczało to czas stracony na niepotrzebne bieganie.
- Kurczę blade - jęknąłem, widząc śnieg zasypujący ślady. Nie mogłem przecież wrócić z niczym, chociaż i tak oddaliłem się już znacznie od sfory.
Rozpocząłem swoją podróż wstydu, kierując się na północny wschód, gdy natknąłem się na jeziorko. Niewielkie, może nawet dało się je określić jako bardzo dużą kałużę, ale za to pływały w niej kaczki. Grubę kaczki. Grubę, prawdopodobnie wolne, więc czemu miałem nie próbować? Trzymały się blisko brzegu, myślałem, że mogę nawet nie zamoczyć łap.
Nie miałem racji, niestety. Byłem tak blisko, niemal już czułem ich szyje pod zębami, ale zanim wyobrażenie zdążyło stać się rzeczywistością, poczułem, jak śliskie jest podłoże pod moimi łapami. A potem już wszystko poleciało, a ja odkryłem, że woda nie była wcale tak płytka, jak się wydawała. I znacznie, znacznie zimniejsza.
- Jak tam polowanie? - zapytał Aziraphale, gdy dotarłem do sfory. Miałem ochotę go uderzyć, leciutko, za to. Byłem cały przemoknięty, zmarznięty i pozbawiony jakiejkolwiek zwierzyny.
- Świetnie, cudownie, doskonale. Ostatni raz tak wspaniale spędziłem czas, uciekając przed wojną. Otrzepałem się jeszcze raz, ale zdawało się, że cząsteczki wody zostały zamarznięte na moim futrze. - Jak u ciebie? - zapytałem z uprzejmości.
(Az?)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz