2.28.2020

Od Petera

To się działo w nocy, bo jeżeli coś ma się pierdolić, to oczywiście w nocy. Nieistotne, jakie relacje panowały między psami w sforze, spać musieliśmy w kupię, jak jedna, wielka, szczęśliwa rodzina. Nie było żadnej określonej zasady, ale na przykład Pergilmes zwykle lądował niedaleko pozostałych strażników, Rea przy Eterze, a ja często sypiałem niedaleko Millenium, który wstając nigdy nie zawrzał, na niebudzenie innych. Niemal każdej nocy, gdy miał warte, obrywałem w łeb łapą.
Zazwyczaj spisałem się i otwierałem oczy, ale wokół nie było niebezpieczeństwa, mogłem wracać do snu. Czasami wtedy próbowałem jeszcze wyczuć obecność Vergila, jakby miał wrócić bez powitania, co oczywiście nigdy się nie działo. Zamiast tego zostawałem z wkurzeniem i zmartwieniem. Autumn powinna już nas dogonić.
Tym razem coś wybudziło mnie jeszcze przed kopnięciem, więc zdążyłem się uchylić. Może wyjątkowo głośno narzekał na nocną wartę. Było jeszcze zimniej niż zwykle, pewnie niedługo zacznie świtać. Skuliłem się jeszcze bardziej, chcąc zachować nieco ciepła w organizmie, ale brakowało mi ciepła za grzbietem. Przewróciłem się na drugą stronę i uchyliłem oko. Nad górą futra widziałem drzewa, a wśród nich…
- Nie…  - wyszeptałem, patrząc na uśmiechnięty pysk, majaczący się między pniami. Wstałem i łapy dawno tak mi się nie trzęsły.
Przeszedłem między śpiącymi sforzanami, a za każdym razem, gdy odrywałem wzrok od śpiących ciał pod moimi łapami, on ciągle tam stał, nieważne jak bardzo chciałbym, by było inaczej. Ruszał delikatnie swoimi ogonami, a ja nagle poczułem ucisk w sercu. Rozejrzałem, się za strażnikami. Nie mogą go zobaczyć, nie mogą mieć pytań. Bill krążył i jego wzrok na chwile się na mnie zatrzymał, ale nie na Razjelu. Musiał go widzieć, co najwyżej nie zdawać sobie z tego sprawy.
- Cześć Pete - uśmiechnął się do mnie radośnie.
- Chodź głębiej w las, nie chcę, żeby mnie widzieli - powiedziałem, mijając go.
- Nie martw się, sprawię, że nie będą.
- Nie chcę, chodź. - Nie byłem pewien, czy to zrobi, nie słyszałem żadnych kroków, ale gdy się odwróciłem, stał tuż za mną.
- Więc..
- Gdzie jest Vergil? - przerwałem mu, zanim na dobre się rozkręcił.
- A czemu ja miałbym wiedzieć? - Wydawało się, jakby błyszczał, w słabym, nocnym świetle.
- Zniknął. Oni wszyscy poznikali, nie powiesz mi chyba, że zupełnym przypadkiem? Gdzie Verg? - Przechylił łeb i uśmiech się zmienił, na niemal ojcowski, gdyby nie tak kpiący.
- Oczywiście, że nie. Odesłałem ich wszystkich.
- Gdzie? - Zbliżamy się do sedna.
- Gdzie ich miejsce. Nie będzie kolejnych podpowiedzi, Pete, starczy tej rozmowy. - Pacnął mnie w nos jednym ze swoich ogonów.
Gdzie ich miejsce…
- Nie - wymsknęło mi się. Cholera jasna, jak go wydostać? Jak samemu się tam dostać i wrócić?
- Ale, ale, to nie koniec fascynujących informacji. Obgadywanie zwierzątek to nie powód mojego przybycia.
- Znudziła ci się śmierć i zniszczenie, Kyuujou? - Aż się skrzywił, słysząc jak kaleczę jego imię.
- Wręcz przeciwnie, daje mi tyle radości co wcześniej, ale za to wasze tereny przestały mi jej dostarczać. Sytuacja się ustabilizowała i nikt nie ginie.
- Autumn… - Cholera jasna, czemu w ogóle z nim rozmawiałem.
- Ha! Ty jeszcze nie wiesz, ile zabawy cię czeka, ale nie, ona nie leży na zbiorowym stosie.
- Dobra, to przejdź do sedna i znikaj, bo ja tu zamarzam. - Potrząsnąłem łbem, by zrzucić z niego śnieg, który dostał się przez gałęzie. Na niego nic nie spadło, nawet nie było blisko.
- Ranisz moje uczucia. - Przyłożył łapę do piersi, wygięła się tak, że wyglądało to niemal jak ludzki gest. - Chciałem dać ci tylko trochę informacji, na przykład, co Vergil…
- Nie. - Uniósł brew. - Sam mi powie.
- Ha! No dobrze, to i tak mniej interesująca część.
Jego uśmiech, nie, cały pysk, zaczął się zmieniać, przekształcać. Ciężko było na to patrzeć, ale nie odwróciłem wzroku. Już jako człowiek, zmienił pozycje na kucającą i sięgnął do swojej kieszeni.
- Wiesz co to jest? - zapytał, wskazując na fiolkę. Widziałem w takiej Vergila.
- Szkło.
- Uroczy jesteś, taki bezmyślny. W środku. - Dopiero wtedy zauważyłem, że buteleczka nie była wcale pusta. Wyglądało to, niczym wiatr, delikatnie miotający drobinki po zamkniętej przestrzeni. - Dziś rano musiałem udać się w odwiedziny do pewnego miejsca, bardzo ładne, dawno nie widziałem tylu dzikich krokusów, a tam pewna suczka przeżywała swoje ostatnie chwile.
Moje serce na moment zapomniało, że musi bić. Zobaczył to. Uśmiechnął się tam szeroko, że widziałem wszystkie jego nieludzkie zęby.
- Mam Pepper, Pete.
Wyciągnął rękę błyskawicznie, nie zdążyłem nawet zareagować, gdy chwycił mnie mocno za pysk.
- Powiedziałem jej dokładnie, co zrobiłeś. Ostatnia rzecz, o jakiej myślała, to, że ojciec ją zdradził.
Upadłem, gdy mnie odepchnął.
- Mam nadzieje, że dobrze się z tym czujesz, bo przed tobą jeszcze długie lata na tej ziemi i chcę, żebyś nigdy nie zapomniał, że ona jest moja. Będą moi na wieki.
Oddychałem ciężko, jeszcze chwile po tym, jak zniknął. Uderzyłem w ziemię raz i drugi, Razjelowi i tak żadnej krzywdy zrobić nie mogłem. Chciałem spojrzeć Pepper w pysk i powiedzieć jej, że… że…
- Peter?
- Już wracam - zawołałem, nie odwracając się. Strażnik poszedł dalej.
- Razjel, ty…
Co ja mogłem powiedzieć? Co zrobić?
No co?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz