6.27.2020

Od Petera cd. Miss Clarice

Zastanowiłem się przez moment.
- Nie ma kto się z nim kłócić. Nasze psy są albo ugodowe albo stanowią zbyt dużą mniejszość, żeby coś działać. Jeśli ktoś do nas dołączy, to będzie musiał wejść w system i zgodzić się na jego zasady. Co masz do obroży? - zmieniłem szybko temat. Jej poglądy na temat systemu mnie nie interesowały, nie wierzyłem, by bardzo różniły się od moich, ale za to kwestia niechęci do ludzi, to było ciekawe.
- Nie przepadam za ideą bycia przywiązaną do ludzi, ty chyba masz inne zdanie. - Wskazała na moją szyje. Cud, że jeszcze obroża się tam trzymała. Prawie dwadzieścia lat, to dopiero materiał. 
- Mieszkanie z nimi jest z pewnością znacznym ułatwieniem. Miałem epizod pieska kanapowego.
- Z jakiego powodu przestałeś nim być?
- Moja rodzina spłonęła. - Gdybym miał ramiona, wzruszyłbym nimi. - Wylądowałem na ulicy i jakoś nie po drodze mi było z ludźmi. - Zastanowiłem się chwile, co chciałem wiedzieć, a ona mogła mi powiedzieć. - Wierzyłaś, że zabiłem Snowa?
- Nie, nie zostawiłbyś tak wielu dowodów. - Uśmiechnąłem się. Alegria i Wega przyspieszyły tempa. Znajdowały się niedaleko nas, jeżeli się postarają, usłyszą coś nieciekawego.
- Jak ty byś to zrobiła?
- Teraz moja kolej.
- Będziesz mogła zadać dwa.
- Najpierw musiałbyś założyć, że byłabym zdolna do zabicia kogokolwiek. - Prychnąłem, ale nie naciskałem dalej. Alegria z Wegą minęły nas, poświęcając nam niewiele uwagi.
- Zabiłeś kiedyś członka rodziny?
- Zdefiniuj rodzinę.
- Kogoś, kogo traktowałeś jako jej członka. - Zastanowiłem się.
- Nikt nie miał tyle pieniędzy.
- Ile osób zabiłeś?
- Dużo.
- To nie jest konkretna liczba.
- Nie, nie jest - zgodziłem się. - Trzycyfrowa liczba. - Nie chciałem podawać dokładnej. Morderstwa były moją osobistą sprawą, znałem wszystkie imiona, jeżeli ich nie było, sam nadałem. Nie zabijałem numerów, zabijałem osoby, więc zasługiwały na takie traktowanie. A ja zasługiwałem na zatrzymanie konkretnej liczby dla siebie.
- Tęsknisz za swoim ojcem?
- Wierzę, że znajduje się tam, gdzie powinien być. Tęsknisz za swoimi dziećmi?
- Oczywiście. To moje dzieci.
- Postój! - Ktoś zawołał.
- Wrócimy do rozmowy. - Uśmiechnąłem się. - Idę odebrać dzienną dawkę irytacji od Gluta.
Jakoś później nie było nam za bardzo po drodze, chociaż zdarzało nam się rozmawiać podczas pochodu. Brakowało mi dyskusji prawie tak bardzo jak władzy w łapach i głosu we łbie.
Znalezienie wioski było szokującym, ale przyjemnym przeżyciem. Potrzebowałem pomocy Fobosia ze schodami.
Kiedy zaczęliśmy rozumieć, że zostaniemy tam już na dłużej, trzeba było zainteresować się kwestią zamieszkania. Dość szybko dało się wymyślić, że nie będziemy mogli sobie pozwolić na samodzielne mieszkanie. Większość domków wyglądała, aby to delikatnie powiedzieć, beznadziejne. Zwiedziliśmy wszystkie ruiny, oczywiście grupą, bo nie było wiadomo, co kryje się w cieniach i sporo było w dość opłakanym stanie. Na pewno z odpowiednimi  środkami dałoby się je naprawić, ale nie od razu. Przynajmniej mieliśmy dach nad łbami, pogoda się poprawiała i było ciepło, a jeszcze myśliwi wspominali, że w lasach jest sporo zwierzątek do pożarcia.
Nawet po sprawdzeniu okolicy, nadal czułem się tu niepewnie. Ciągle męczyłem się z poruszaniem, chociaż byłem już silniejszy, to nie uciekłbym przed niedźwiedziem, ani nie wygrał walki z wilkiem, chociaż coś czułem, że to nie był zagrożenia, które się na nas czaiły. To było po prostu przeczucie, ale one na tyle często się sprawdzały, że nie chciałem go ignorować. Verg teraz by się przydał, zresztą zawsze by się przydał, ten wnerwiający głos umierającego dobermana, dzwoniący w moim łbie. Spojrzałby na okolicę i zaraz zaczął rzucać sarkastyczne zdania, jak to wszystko jest oczywiste i jak ja mogłem tego nie widzieć. Normalnie Vergil, jestem pół ślepy, nie narzekaj. Prawie jakbym słyszał jego głos, ale moja wyobraźnia nie umiała odpowiednio go imitować. Zawsze byłem w tym słaby, w wyobrażaniu sobie szczegółów, ciągle coś się nie zgadzało i mnie denerwowało. Cholera, brakowało mi go, ale byłem starym dziadem bez przyjaciół, miałem prawo być trochę miękki.
Gdyby ta sytuacja była chociaż trochę bardziej normalna, Autumn byłaby ze mną. Wtedy nie miałbym problemu ze znalezieniem współlokatora. Znaliśmy się od lata, oboje byliśmy starzy, ona mogłaby robić herbatę, ja zapewne nie robić nic, idealny układ. Tylko mojej przyjaciółki tutaj nie było, zakładałem, że może Prince ją gdzieś zabrała albo wpadła na jakiegoś z dzieciaków w mieście. To były te pozytywne opcje, bo równie dobrze mogła zostać zamordowana i dodana do listy ofiar wojennych, ale takie myślenie nic mi nie da.
Razem z Cretcherem mieliśmy zająć się rozdziałem domków, ich całej dziesiątki. Część była oczywista - pary same ze sobą, rodzeństwo ze sobą - ciągle były jednak takie osoby jak ja. Banda psów, które niezupełnie miały co ze sobą zrobić. Nie widziało mi się mieszkać z dzieciakami czy wnukami, ale ostatecznie dogadałem się z Cretcherem, że zostaniemy współlokatorami. I tak musieliśmy ze sobą współpracować, a chata powinna być na tyle duża, że nie będziemy wchodzić sobie w drogę zbyt często.
Lista jednak ciągle pozostawała długa, więc przydałoby się kogoś do nas dobrać. Ani ja, ani on nie mieliśmy za bardzo znajomych, ale wpadłem na pomysł, który był niemal dobry.
- Czułabyś się komfortowo mieszkając ze starym dziadek i umysłowo starym dziadem? - zapytałem się Miss Clarice, siadając przy niej z kawałkiem mięsa w pysku. Jeszcze nie zaczęliśmy budować zapasów, tylko zjadaliśmy resztki z podróży i co zostało już upolowane. Mi przypadł szczur, ale duży i gruby, starczył.
- Proponujesz mi wspólne mieszkanie? - zapytała.
- Mhm, ja, ty i Cretcher. Nie wiem, jak dobrze znasz Cretcha, ale jest cichy, spokojny, mnie kojarzysz. Nie mogę ci nic zapewnić, ale nie powinniśmy sobie nawzajem przeszkadzać.
- Zastanowię się - odpowiedziała, a ja kiwnąłem łbem i wróciłem do jedzenia. Miss Clarice była niebezpieczna. Nie musiałem widzieć, jak kogoś zabija, po prostu była. Spędziłem całe życie będąc mordercą nie po to, by nie umieć rozpoznać innego. Nie miałem żadnych powodów, by obawiać się jej. Już na mnie było więcej dowodów przez sprawę z Eamesem. nieprawdziwych, ale wciąż dowodów. Dla dobra wszystkich wokoło lepiej było, żeby dwa potwory trzymać pod jednym dachem. Plus, nie była typem szalejącym po nocach, czy sprowadzającą samców, a ja po ośmiu latach życia całkowicie samemu też miałem swoje potrzeby, z czego najważniejszą była cisza. Miałem problemy z czytaniem, gdy coś mnie rozpraszało. To było cholernie męczące, gdy dzieciaki były jeszcze dzieciakami i musiałem zajmować się raportami po nocach. Jeżeli skończyłbym w chacie z jednym z głośnych szczyli byłaby szansa, że po miesiącu zaginąłby on w tajemniczych okolicznościach.
Jeszcze tego samego dnia Miss Clarice powiedziała, że zgadza się na propozycje. Nasza wspólna chata miała jeszcze miejsce na jedną osobę, gdyby ktoś chciał do nas dołączyć. Miałem cichą nadzieje, że będzie to Autumn, ale nie wspominałem o tym nikomu. Prędzej któraś z par się rozmnoży i trzeba będzie robić zamiany.
Pierwszej nocy obudziłem się ze snu, gdy księżyc jeszcze świecił na niebie. Moje sny od paru miesięcy były takie same, wiedziałem to, ale nie potrafiłem powtórzyć, o co w nich chodziło. Zawsze budziłem się z ostatnim wspomnieniem ostrego, białego światła. Moja łapa bezmyślnie zawędrowała do czarnej plamki na sierści.
Wstałem z posłania, wiedząc, że to by było tyle, jeśli chodzi o tę noc. Otrząsnąłem się z niewidocznego pyłu, który osiadł na mnie przez sen i zeskoczyłem na ziemię. Poczułem ból w lewej tylnej kończynie, ale zignorowałem go. Ruszyłem przez korytarz do wyjścia. Domek wciąż śmierdział, a ja potrzebowałem świeżego powietrza.
- Co cię tutaj wygoniło? - zapytałem, widząc Miss Clarice siedzącą przy ścianie i patrzącą się przed siebie. - Chcesz kontynuować grę w pytania i odpowiedzi, współlokatorko?

(Clarice?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz