3.25.2020

Od Solangelo - Retrospekcja#1 - "Projekt: Winchester cz.1"

https://dogs-republic.blogspot.com/2020/03/od-solangelo-retrospekcja2-projekt.html
Patrzyłem na tekst, który przepisałem do notatnika. Przekrzywiłem łeb i powtórzyłem jeszcze dwukrotnie kwestie, tak na wszelki wypadek. Wyrwałem ją i zgiąłem na cztery. Nie chciałem na to patrzeć, ani żeby ktoś przypadkiem dostrzegł, co tam zapisałem, a czekało mnie parę godzin spacerku. Nie chciałem tego robić blisko psów, a zdecydowanie nie chciałem tego robić w miejscu, gdzie ktoś mógłby mnie znaleźć i zadawać trudne pytania. Postanowiłem wyjść poza tereny sfory z torbą, której zazwyczaj używałem w pracy, a potem prosto w góry, przynajmniej na parędziesiąt metrów w górę, tak by nawet najbardziej upierdliwy spacerowicz nie mógł mnie wypatrzyć.
Gdy wychodziłem, jeden z gwardzistów patrzył na mnie dziwnie, ale nie podejrzliwie. Pogoda nie była najlepsza, niewielu chciałoby iść wieczorem na spacerek, przynajmniej łagodziło to moje obawy. Nevermore zatrzęsła się parę razy, gdy zimne krople spadały jej na pióra, ale i tak chroniła mnie przed większą częścią opadów bez narzekań. Zresztą czego innego się spodziewałem, była doskonała. Nic nie powinno mi przemoknąć w torbie, ale i tak się obawiałem, więc mój trucht zmienił się w bieg, a Nevermore mocniej wbiła szpony w moją skórę.
Oczywiście nie wytrzymałem szybkiego tempa przez ileśtam kilometrów i zwolniłem u podnóża gór. Musiałem je obejść, ale pogoda przynajmniej się poprawiła. Nevermore wzleciała i pomogła mi znaleźć odpowiednią trasę.
Kamienie były śliskie i kilka razy niemal upadłem na pysk, ale nic się nie potłukło. Przystanąłem we malutkiej jaskini, może nawet lepiej było to nazwać pionowym wgłębieniem, gdzie mieścił się właściwie tylko mój zad i niewiele więcej. Otworzyłem torbę i wyłożyłem przedmioty na ziemię. Neveremore usiadła na zboczu przede mną i patrzyła się bez krakania. Ona przynajmniej nigdy mnie nie oceniała.
Wyjąłem trzy lusterka i przyjrzałem im  się, szukając rys i stłuczeń, ale nie wyglądały źle. Oparłem wszystkie o kamyki, układając w trójkąt. Wyglądało w miarę równo.
Oczywiście, że potrzebne były świece, zawsze tak jest, bo drugi świat zdecydowanie uwielbia ogień, a ja nie rozumiałem dlaczego. Poprzestawiałem je, każde lustro dostało po dwie. Wyciągnąłem sól i rozsypałem krąg wokół wszystkich, nie mogło to powstrzymać Basayara, wiedziałem, ale nieco ukrywało płomienie, a przynajmniej tak wyszło mi z eksperymentów. Zastanawiałem się, czy tylko czekał aż zbliże się za bardzo, by przypalić mi pysk.
- Anu Koru Me - wypowiedziałem, chociaż wiedziałem, że modlę się do powietrza. Lepiej się z tym czułem. Zrobiłem krąg także wokół całej płaskiej przestrzeni, zapaliłem obie świece i zacząłem liczyć. Musiałem doliczyć do trzystu trzydziestu trzech, tak mówiła wiedza. Trzysta trzydzieści trzy, a potem mogę wkroczyć w trójkąt i prawdopodobnie zrobić coś absolutnie durnego.
Trzysta trzydzieści dwa, trzysta trzydzieści trzy…
- Veni ad mi. Veni ad mi. Veni ad mi. Me sentire vim tuam et ad festum ossa mea. Rip ventrem tuum delectatio mea et corpus meum possidetis viribus fluit permittere.
Nevermore ostrzegłaby mnie, gdyby było źle, prawda? Wziąłem głęboki wdech i otworzyłem oczy. W lustrze widziałem tylko siebie. W jakimś stopniu nawet mnie to ucieszyło.
- Co to robisz? - Odwróciłem się tak szybko, że niemal zdmuchnąłem ogień. W jednym z luster zamiast odbicia była samica. Ludzka samica, wyglądająca jak zza mgły, za nią znajdowała się szara nicość, a ona tylko siedziała i patrzyła na mnie z dezaprobatą, cała ubarana na czarno, nawet z rękawiczkami do koloru. - Nie umiesz mówić, chłopcze? No wykrztuś coś z siebie. - Spojrzałem na karteczkę. Jaka miała być ta odpowiedź? - Nie czytaj tylko powiedz!
- Jestem psem. - To było jedyne zdanie, jakie wpadło mi do łba.
- Widzę przecież, odpowiedz na moje pytanie.
- Rozumiesz mnie? - Coś poszło nie tak. Nie było oczywiście dokładne opisane, co miało mi się ukazać, ale nie… ona.
- Oczywiście, że tak - kobieta westchnęła i spojrzała na swoje kolana. - Oczywiście, to był błąd, że się fatygowałam…
- Poczekaj. - Znowu na mnie spojrzała.
- No? Może dodasz coś więcej poza tym jednym słowem? I mów nieco głośniej, chłopcze.
- Nie mogę głośniej - odpowiedziałem, bo to była prostsza część.
- Oczywiście, że możesz, no dalej! Nie każ mi się powtarzać, chłopcze? Znowu.
- Boli jak mówię głośno. I długo - powiedziałem i chyba mimowolnie dostosowałem się do jej prośbyi. - Próbowałem przyzwać…
- Tak wiem, co próbowałeś, całe szczęście, że te księgi są zwykle niekompletne. - Machnęła ręką. - Zdajesz sobie sprawę w jak wielki kłopot byś wpadł? Nie igrasz tutaj z jakimiś zabawami dla szczeniaków! To prawdziwa magia, do tego mroczna i okrutna.
- Wiem. - Tym razem spojrzała na mnie z nieco większym zainteresowaniem niż irytacją, chyba. Ciężko było czytać ludzkie pyski. - Kim jesteś?
- Czemu to w takim razie zrobiłeś?
- Ty możesz ig-ig… - musiałem odkaszlnąć. - ...norować moje pytanie? - Można zgadnąć co zrobiła. - Mam większe problemy, a to miało mi pomóc.
- W jaki sposób? - Spojrzałem na swojego kruka. Nevermore cały czas siedziała na swoim miejscu, a ja ufałem jej opinii. Nie była zaniepokojona, ja też nie miałem powodu. Poza tym, że rozmawiałem z kobietą w lustrze, której tu nie było.
- Demon. - Jej oczy rozszerzyły się, więc wolałem sprecyzować, zanim obejmie ją strach. - Nie taki. Mówi, że jest Tancerzem Żywiołów. - Niezbyt ją to uspokoiło. - Pomagałem mu, a teraz…
- Ah… - Kobieta potarła skronie dłonią. - Powiedz mi, dostawał ofiary z żywych? - Pokiwałem łbem.
- Tak, z innych psów i udało nam się zabić kilku Tancerzy. - Pokręciła głową.
- A ja myślałam, że będę musiała przestraszyć tylko jakieś dziecko, które bawi się w seanse. Czy ty w ogóle wiesz cokolwiek o świecie, w jaki wystąpiłeś?
- Tak - prychnąłem. Gardło zaczynało mi już naprawdę drapać. Lekarka mówiła, żeby nie mówić nadal za dużo.
- Skąd? Tego co ci mówił? Czy może z książek, jakie twoi kudłaci przyjaciele zgromadzili? Nie, nie, to nie jest wiedza, której byś potrzebował.
- Kim ty jesteś? - powtórzyłem, bo to jednak dobrze byłoby wiedzieć. - Wiedźmą?
- Ależ skąd, okultystką. Nazywam się Sarah Winchester.
- Nic mi to nie mówi - przyznałem.
- Urodziłam się w 1840, zmarłam w 1922. - To był duch. Patrzyłem na ducha, ale pocieszyło mnie to w jakiś sposób. Duchy były dziwne, czemu nie miały ukazywać się w lustrach. - Mam wiedzę o magii i stworzeniach ze światów, o których nawet ci się nie śniło, chłopcze.
- Skąd?
- Miałam sześćdziesiąt lat prób i błędów, a potem wiek na sprawdzanie wszystkiego w praktyce. - Przyjrzała mi się dokładniej. - Nie jesteś stary.
- Mam cztery lata. - Pokręciła głową.
- I już namieszałeś. Dobrze przynajmniej, że jesteś daleko.
- Możesz mi pomóc z Tancerzami? - zapytałem w końcu.
- Nigdy nie byli w kręgu mojego zainteresowania. - I w taki sposób upadają nadzieje. - Czy jesteś inteligentny? - zapytała nagle.
- Nie sądzę.
- Ja też nie, skoro w ogóle zadałeś się z istotą w tak oczywisty sposób niebezpieczną. Ale... - Uniosłem łeb. - … mogłabym spróbować ci pomóc. Nie dam ci prostego rozwiązania, oczywiście, ale może w jakiś sposób ci to pomoże, jeżeli masz jakieś podstawy i potrafisz myśleć. - Popatrzyłem na Nevermore. Jej jedyną reakcją było spojrzenie mi prosto w oczy. Moja decyzja i moja sprawa. Skinąłem na nią, wydawała się być zadowolona. 
- C-O  P-R-O-P-O-N-U-J-E-S-Z? - wyskrzeczała Nevermore, kiedy ja męczyłem się z wykrztuszeniem słów. Za dużo zdań jak na jeden dzień.
- Udaj się do mojego domu. Dam mam więcej mocy, będę mogła cię nauczyć tego, co wiem.
- Czmu? - charknąłem.
- Jesteś naprawdę głupi, chłopcze. - Pokręciła głową. - Mogę ci pomóc, a ty możesz zapobiec przyszłym problemom, czemu miałabym tego nie robić? Jeżeli w ogóle uda ci się tam dotrzeć, to udowodnisz, że jesteś godzien mojego czasu i mogę mieć nadzieję, że to nie będzie kompletnie bezsensowny wysiłek. No już, nie męcz się - powiedziała, gdy otworzyłem pysk. - Mój dom znajduje się w San Jose. To Stany Zjednoczone. Rozpoznasz go. Będę tam na ciebie czekać, jeżeli nie chcesz, to po prostu się nie fatyguj. A teraz zgaś te świece i nie baw się dalej w przywoływanie, jeżeli nie znasz nawet podstaw.
Skinąłem łbem. Kobieta odpowiedziała mi tym samym i lustro powoli zaczęło się ściemniać, aż w końcu widziałem tam tylko swoje własne odbicie. Nevermore zleciała na moje barki, gdy zgasiłem świece i zacząłem sprzątać. Wygiąłem się i spojrzałem na nią. Wbiła szpony nieco mocniej w moje ciało, w ramach pocieszenia, może zapewnienia, że robię dobrze. Uśmiechnąłem się do niej z trudem i zacząłem schodzić powoli z gór w stronę zamku. Trzeba było się zbierać do Stanów.


The Heavenly One protect me.
Come to me. Come to me. Come to me. Let me feel your power and feast on my bones. Rip of my guts for your pleasure and allow all the strength you possess to flow over my body.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz