3.10.2020

Od Prestiana cd. Petera - Grupa I

  Wyruszyłem na poszukiwania roślin kilka minut po innych medykach.
  Postanowiłem poszukać jakiejś łąki, najlepiej nasłonecznionej wystarczająco, aby śnieg nie spowalniał mojego ruchu. Przemieszczałem się początkowo wzdłuż brzegu jeziora w odpowiedniej jednak odległości, aby nie zacząć grzęznąć w szlamie czy błocie. Po kilku minutach marszu, skręciłem na południe, ponieważ zauważyłem intrygującą zmianę w terenie, jaką był niewielki parów pośród wznoszącego się terenu - pewnie pozostałość po jakimś okresowym potoku. Wspiąłem się na jedną z jego krawędzi, a następnie ruszyłem w górę. Nie było stromo, jednak kilkukrotnie źle oceniłem stabilność terenu i śnieg omsknął mi się spod łap wraz ze żwirem. Te sytuacje nie były jednak groźne, ponieważ mimo okolicznego wgłębienia nie groziło mi realne ryzyko wypadku. Momentami jednak czułem lekką irytację.
  Czas spędzony na przemieszczaniu się w tym kierunku oceniłem na kwadrans. Udało mi się namierzyć kilka roślin, jednak nie należały one do używanych w medycynie, więc zostawiłem je w spokoju. Wkrótce odkryłem, że szczytowa część parowu była zbudowana w sposób, który tworzył nieckę i w deszczowe dni musiał zbierać wodę z wyższych partii okolicy. Śnieg jeszcze nie zdążył tam stopnieć, więc obecnie dno musiało być jedynie lekko wilgotne.
  Odbiłem od tamtego miejsca na południowy wschód, ponieważ nie byłem w stanie iść dalej przed siebie, a dodatkowo udało mi się odkryć połać terenu, która mi na to już pozwalała. Przekroczyłem szczyt wzniesienia i ruszyłem wraz z obniżeniem okolicy. Nie minęło długo aż w pewnym momencie dostałem się za jego pomocą na jakąś polanę - sprawiło to, że byłem naprawdę zadowolony, ponieważ nie spodziewałem się, że aż tak szybko dotrę do takiego miejsca.
  Przez chwilę jeszcze szedłem w cieniu jeszcze wyższych form terenu, wbijając się łapami w ostry śnieg o konsystencji już bliższej lodu, zaraz jednak wychodząc już na światło. Ukazała mi się połać terenu przykryta trawą. Wychodząc na nią z przyjemnością poczułem jak nagrzana jest gleba oraz liście. W innych okolicznościach pewnie położyłbym się na ziemi i został przez chwilę, aby się tym nacieszyć, jednak obecnie musiałem zwrócić większą uwagę na okolicę. Ostatecznie tutaj mogłem liczyć na udane zbiory - już po chwili uchwyciłem kątem oka jedną z poszukiwanych roślin - kilka zakwitłych wrotyczy pospolitych, jakie ulokowały się w słońcu. Moje przekonanie o magicznych właściwościach okolicy wzrosło, zauważając, że te byliny ukazują swoje żółte kwiatki dopiero na przełomie czerwca i lipca. Zapach kamfory upewnił mnie, że nie jest to przypadkiem jakiś zwid.
  Uniosłem głowę, zbliżając się do wrotyczy. Część okazów tych roślin przewyższało mnie swoją wysokością kilkukrotnie.
  Wiedząc o toksyczności, nie czułem, aby zaciśnięcie kłów wokół łodygi i wygryzienie jej byłoby najlepszym pomysłem. Zamiast tego wyjąłem ze swojej torby narzędzie, którym zamierzałem pociąć bylinę - ostry fragment rozbitej jeszcze podczas wojny butelki po spirytusie. Nie był to może tak finezyjny przedmiot, jakim mogłem określić te, jakimi mogłem ciąć pacjentów, jednak nie chciałem z nich korzystać, dopóki nie było takiej potrzeby. Z resztą krawędź szkła całkiem przyzwoicie radziła sobie ze swoim zadaniem. Na tyle, że poczułem w pewnym momencie, powstające rozcięcie na wardze. Nie było ono poważne, jednak na tyle nieprzyjemne, że ta część ciała należała do tych obficie ukrwionych, a także byłem teraz w stanie wyczuć nieprzyjemne mrowienie związane ze składem chemicznym wrotyczy. Nie sprawiło to jednak, abym zaniechał dalszego pozyskiwania rośliny. Już wkrótce miałem dostęp do kwiatów oraz mniej przydatnych łodyg, których zdecydowaną część postanowiłem jednak pozostawić.
  Mimo wiedzy, że to kielichy są właściwym surowcem lekarskim, postanowiłem zabrać ze sobą także kilka pierzastych liści z wyższych oraz niższych partii. Oprócz tego odciąłem parę kłączy z zamiarem późniejszego eksperymentowania z ich udziałem. Sprawdziłem jeszcze tylko, czy na pewno wszystko dobrze leży w torbie, po czym postanowiłem odwrócić się i rozejrzeć się jeszcze po łące. Szczególnie za czymś, co pomogłoby mi zatamować krwawienie. Liczyłem także na to, aby znaleźć jakiś strumień, aby przepłukać wargę, ponieważ nieprzyjemne mrowienie nie ustąpiło wraz z oddaleniem się od wrotyczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz