- Siedź prosto, mondamoiseau. - zdystansowany ton nauczyciela oddalił mój wzrok od ekspresyjnej zieleni świata zza szyby. Zatoczyłem oczyma krąg i przestawiłem swą koncentrację na wyżła. Nie miałem najmniejszego zarzutu wobec własnej postawy.
- Żywię przeświadczenie, że nie powinniście mnie strofować. - nadmieniłem delikatnie. - Nie jesteście mym mentorem, acz mej siostry. Ja jedynie goszczę w tym pokoju.
- Uważaj, co i ile mówisz, mondamoiseau. - samiec zbliżył się ku mnie, moja osoba jednak nie zmieniła pozycji ani jednym ruchem.
- Zabieram głos zgodnie z własnymi życzeniami. I nie jestem z wami na "ty".
- Może nieodpowiednio się wyraziłem. Być może łatwiej byłoby wam przekazać to takąż drogą: zamknijcie się, mondamoiseau.
Miałem zamiar cofnąć się, słysząc te słowa i sposób, w jaki zostały wycedzone.
- Ad calendas grecas. - uśmiechnąłem się pomimo chęci oddalenia się od tak grubiańskiej postaci. Machnąłem ogonem, jakby przywołując kogoś, aby odgonił ode mnie natrętnego owada. - W bezgłosie tkwi bezsilność. Pewnie poznacie to uczucie, kiedy zawezwie was mój rodziciel za gminne słownictwo.
***
Możliwie czerpałem z oddechu, na jaki przyzwolili rozkazodawcy. Podróż nie była dla mnie najlżejsza, jednak dawałem radę dotrzymywać kroku sforzanom. W myślach trudno było mi jeszcze odnosić się do nich jako o wspólnocie, do której sam przynależałem. Nie oni mnie gościli, a sam współdzieliłem goszczenie z nimi. Niecodzienna sytuacja, ale też w znaczącym stopniu dla mnie niezwykła. Znużenie wynikające z obowiązków bywało uciążliwe, jednak nie poświęcałem mu więcej myśli, kiedy bezpośrednia obserwacja ich zachowań przyprawiała mnie o dreszcz entuzjazmu. Pierwszy raz miałem okazję w takich szczegółach badać ten mechanizm działania dzikich stad.
W tym akurat momencie spoglądałem, jak pewna pełna wdzięku rudawo-śnieżna samica zwraca się do leżącej obok. Mająca wilczą urodę przymrużyła oczy, nie odzywając się jednak. Następnie uniosła się i kilkoma raptownymi ruchami wyzbyła się z futra roślinnego pyłku. Fascynujące. Bardziej komunikatywna członkini sfory przekazywała więcej komunikatów, docierających do mnie jedynie w postaci bezkształtnej zbitki. Przynajmniej założyłem, że taki jest stan rzeczy, a nie przykładowo, iż mogła korzystać z niepoznanych przeze mnie słów lokalnego dialektu.
W tym akurat momencie spoglądałem, jak pewna pełna wdzięku rudawo-śnieżna samica zwraca się do leżącej obok. Mająca wilczą urodę przymrużyła oczy, nie odzywając się jednak. Następnie uniosła się i kilkoma raptownymi ruchami wyzbyła się z futra roślinnego pyłku. Fascynujące. Bardziej komunikatywna członkini sfory przekazywała więcej komunikatów, docierających do mnie jedynie w postaci bezkształtnej zbitki. Przynajmniej założyłem, że taki jest stan rzeczy, a nie przykładowo, iż mogła korzystać z niepoznanych przeze mnie słów lokalnego dialektu.
Na chwilę ma uwaga została skierowana w stronę, od której dobiegł mnie szelest nazbyt przypominający stworzenie, jakie byłoby w mocy pozbawienia mnie życia, jednak krótka inspekcja sprawiła, że w swoim otoczeniu odnalazłem nieszkodliwe zajęcze dziecię. Wyraźnie odważyło się do mnie zbliżyć w swym niepoznaniu świata. Odgoniłem je łapą, po czym powróciłem do swego zajęcia. Samice akurat zbliżyły się w moją stronę. Jedna z nich, ta szczebiocząca na nieznany mi sposób wykonała szybki skłon głową bezpośrednio do mnie.
- Mer, Mer! - nieoczekiwanie zostałem zagadnięty. - Słuchaj, bo wyszła taka sprawa, że tak w tempie ślimaka, jednak takiego spadającego z drzewa, powinnam zmykać na zbiórkę, bo wiesz, zwiadowcy ruszają w teren. Rozpoczęłam rozmowę, a głupio byłoby tak nagle ją ucinać, więc Mer, oficjalnie przekazuję ci pałeczkę konwersacji i na mocy danej mi przez mnie ogłaszam was rozmówcem i rozmówczynią. Dzięki, pa!
Samica dała susa w bok bez żadnego następnego słowa. Zostawiła za sobą wilczą damę, jaka dotąd nie uroniła ani jednego słowa, pewnie również zagubiona w tak nagłej zmianie dynamiki. Trudno było jednak trwać mi długo w milczeniu.
Samica dała susa w bok bez żadnego następnego słowa. Zostawiła za sobą wilczą damę, jaka dotąd nie uroniła ani jednego słowa, pewnie również zagubiona w tak nagłej zmianie dynamiki. Trudno było jednak trwać mi długo w milczeniu.
- Niech wasza uwaga bez obaw spoczywa na mnie. - błysnąłem junacko kłami, uginając się lekko, jednak dostatecznie, aby nie był to przesadny rewerans. - Najczęściej bywam zwany Merlaux, aczkolwiek gotów jestem przyjąć każde miano od was przybyłe, w sposób tak pewny, jak me przekonanie co do waszej urody. Z jaką osobistością mam być okazję być zapoznany?
Silent?
Silent?


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz