12.27.2019

Od Prestiana - Retrospekcja #1

Opowiadanie może (ale nie musi) powodować pewien dyskomfort

  Ponoć plotka rozniosła się szybko. Psy, wilki i koty co jakiś czas spozierały zaciekawione na polanę, gdzie postawiony był prowizoryczny namiot, przygotowany stół operacyjny z wydeptanej gleby i szarego płótna. Materiały i medykamenty, jakie zebrałem w ostatnim czasie, leżały w równych rzędach. Trochę za drzewami były zaznaczone miejsca, gdzie odkładane będą ciała i ich resztki.
  Przechadzałem się po swoich nowych włościach, wciągając nozdrzami silny zapach mieszaniny ziół, alkoholu i jodyny. Były to ostatnie chwile, dopóki jeszcze ta woń była czysta od śmierci.
  Wiedziałem, że nie pozostanie taka jeszcze długo. Pierwsze masakry już się odbyły. Następne były jeszcze tylko kwestią czasu.
 - Nie boisz się, że cię tutaj dorwą? - Cadillac wyłonił się spomiędzy gałęzi. Był cały podrapany, jednak było to prędzej spowodowane szybkim przebieganiem przez drobne gałązki niż starciem.
 - Kto niby miałby mi grozić?
 - Jesteś łatwym celem. Wiesz, pośród lasów pełnych wilków.
 - Parę psów też mi groziło, kiedy wynosiłem rzeczy ze skrzydła. - zatrzymałem się na chwilę, aby ustawić kilka buteleczek z eterem trochę bliżej namiotu. - Wiesz, mój drogi, jeżeli umrę jako ten naiwny, przynajmniej będę złym przykładem.
 - Słyszałem, że prosiłeś jakieś koty, aby pozwoliły na wynoszenie rannych Royalsów z zamku...
 - Niczym szaleniec, prawda? Niczym szaleniec... Bądź zdrów, Cadillacu. Mam jeszcze wiele do zrobienia.
***
  Nie byłem chirurgiem z wykształcenia, jednak często oglądałem przebieg operacji czy w niej pomagałem oraz spędziłem dużo czasu z teorią. Wierzyłem w swoje umiejętności. Tym bardziej teraz, kiedy jeszcze wróble wesoło skakały wokół rzuconych im nasion, a ja polerowałem narzędzia. Były chłodne i czyste, niektóre z niepokalanym metalicznym błyskiem. Budziły respekt. Odczuwałem pewną przyjemność, kiedy widziałem je ułożone równo.
  Patrząc na nie próbowałem nasycić swój umysł ostatnimi chwilami ciszy. Ktoś już wył w oddali, atmosfera zagęszczała się.
***
 - Myślisz, że jesteś jedynym medykiem? - Fobos pojawił się nagle. Z podniesioną głową, idąc przez sam środek polanki. Niósł ze sobą jakiś tobołek. Uniosłem na niego wzrok. - Myślałem, że byś mnie uprzedził, a nie żebym musiał dowiadywać się o tym z plotek.
 - Na pewno ani razu nie pojawiłem się na skrzydle medycznym w ostatnim czasie wynosząc zaopatrzenie. - niby prychnąłem, jednak nie było w tym wiele przekonania.
 - Będę leczył z tobą. - samiec położył bagaż obok mnie.
 - Jesteś pewien?
 - Inaczej bym przecież nie przyszedł.
 - Cóż, dobrze. To twoja decyzja. Pamiętaj tylko o najważniejszej zasadzie, która panuje w tym miejscu. Le...
 - Leczyć każdego niezależnie od poglądów czy gatunku. - uśmiechnął się lekko. - Wszyscy to już słyszeli.
  Pozwoliłem mu na rozłożenie swoich rzeczy w odpowiednich miejscach. Podążałem za nim wzrokiem. Różnica wieku pomiędzy mną a Fobosem była stosunkowo niewielka, jednak w umyśle widziałem go jako dzieciaka. Korzystał z medycyny alternatywnej, dużo rozmawiał z pacjentami. Nie chciałem, aby zderzenie z bestialstwem wojny zniszczyło to nastawienie - nawet jeżeli sam byłem przeciwko spoufalaniu się i jego wierze w niepotwierdzone metody.
  Najgorsze jednak było wrażenie, że sam nie byłem gotowy na zobaczenie, jakie mięso armatnie przyjdzie mi operować. Starałem się jednak nadrabiać postawą. Dam radę, powtarzałem w myślach raz za razem. Jestem zawodowcem. Nie pierwszy raz będę widział krew, roztrzaskane kości i ledwo dychające kupy mięsa. Nie pierwszy raz będzie na mnie spoglądał pustym wzrokiem trup z wywiniętym jęzorem.
  Zaraz po tej myśli w okolicy zakotłowało się. Odgłosy sugerowały, że wszystko działo się bliżej niż przewidywałem. Było wiele wycia i ujadania. Czułem, jak krew odpływa mi z kończyn. Wróble odleciały.
***
 - Z tej kończyny już nic nie będzie. Nic dodać, tak myślę. Jestem w stanie wyłącznie odjąć.
 - Nie! - młody samiec wypluł z charknięciem zalegającą mu w krtani krew..
 - Wilczku, pozostaje ci jedynie amputacja. - kontynuowałem.
 - Nie chcę być kaleką! Wolę umrzeć! Pozwól mi umrzeć, błagam, dajcie mi umrzeć!
 - Nie mogę. - chwyciłem nóż. Moja dykcja utraciła na znaczeniu - Nie mogę pozwolić ci umrzeć. Twoi znajomi przynieśli cię w innym celu. Nie chciałbym ich zawieść.
  Ostrze zostało przeze mnie wbite bez cienia zawahania. Tkanki ustępowały. Ranny wył.
***
- Zemdlał czy umarł? - wychyliłem się zza Fobosa, przenosząc środki dezynfekujące. Pies przechylił głowę.
 - Zemdlał.
 - Dobrze.
  W rzeczywistości nie potrzebowałem zadawać tego pytania. Pacjent nie poruszał się, ale serce biło. Było to widać.
***
 - Tylko następnym razem więcej leków i materiałów, a mniej środków przeciwbólowych. Zajmują w twoich dostawach więcej miejsca niż powinny. - rozeznałem się w zawartości przyniesionego przez zaopatrzeniowca Bonnie pakunku z miasteczka. - I już zdążą zemdleć z bólu, kiedy ich niosą, a podczas operacji nie ma już czasu.
 - Dobrze, proszę pana. - sunia rozglądała się wokół pełnym obawy wzrokiem, który zatrzymał się najdłużej na trzymanym przeze mnie talerzu amputacyjnym.
 - Wydaje mi się, czy przed wojną jeżeli prosiło się cię o przyniesienie czegoś z miasta, robiłaś to zdecydowanie szybciej i wracałaś z większą ilością tego? - mówiąc to już ustawiałem narzędzie wokół kości piszczelowej. Pacjent nie protestował. Spoglądał na mnie półprzytomnym wzrokiem.
 - Byłam z towarzyszem, teraz... znikł. Wszystkie znikły. - odpowiedź była cicha. Zadrżała, kiedy widziała jak przesuwam masę mięśniową.
 - W porządku, a teraz już lepiej idź. - powiedziałem, widząc jej reakcję. Nie chciałem mieć tutaj niestabilnej małolaty... małolaty?
  Bonnie była starsza niż ja.
***
 - Oh, spójrz. Ktoś był miły i tak równo rozszarpał miękkie tkanki, że aż miło! Czekaj, serce, wątroba, nerki... chyba nic ważnego nie zginęło. A przynajmniej tak myślę. 
 - Uszkodzone jelita. - mruknął Fobos marszcząc nos. - Ale damy radę?
 - Kto zwycięża? - operowany pies, pewnie żądny przygód wagabunda z miasteczka, wrzasnął nazbyt przytomnie i o dziwo wcale nie bełkotliwie. Następnie przewrócił oczami i opadł, wywalając jęzor. - Kto... kto zwy...?
 - Mój drogi - schyliłem się nad jego wnętrznościami, wszystko było oślizgłe i pulsujące. - Czy w takiej sytuacji naprawdę wypada, aby martwić się o takie szczegóły?
***
 - Prest.- Fobos kiwnął głową, abym wyjrzał z prowizorycznego namiotu.
 - Nie mogę teraz. Wnętrzności tego mruczka wyszły kompletnie na drugą stronę, a rzuca się jeszcze niczym ta ryba, którą jadł na śniadanie.
 - Ktoś do ciebie.
 - Spójrz na te łuski, myślisz, że to był okoń?
 - He-ej? - zza Fobosa wyłonił się znany mi już Cadillac. Uniosłem wzrok. Pies słaniał się na nogach i był bardziej ranny niż ostatnio, jednak nie wyglądał na aż tak potrzebującego. Trzymał się. - Mam wieści.
 - Przejmę pacjenta. - zaproponował mój towarzysz chirurgicznej broni. Kiwnąłem na zgodę, a następnie odszedłem od stołu i nakazałem posłańcowi, aby mówił jak najszybciej. Kolejka rannych nieustannie rosła. Potyczka po potyczce. Targani z najdalszych zakątków zamku, wyciągani z śniegu przy krańcach rozsypanej sfory.
 - Kto uznaje się za zwycięzcę w tym momencie? - zapytałem się.
***
 - ...zwracam uwagę na czas, jaki zajęło wam chociaż częściowe przywrócenie pacjenta do stanu sprzed bitwy, a co zostało zrobione w może... dwie sekundy? Polecam nad tym pomyśleć, jeżeli ktoś już poszukuje tematu do przemyśleń. A teraz pacjenta nam zszyjesz ty. - wskazałem na kotkę, jaka przed chwilą przywlekła do nas swojego towarzysza.
 - Ale... ja tego nigdy jeszcze nie robiłam! - zaprotestowała głosem, który również sugerował, że dotąd nie miała szansy praktykowania psiej mowy.
 - Na każdego jest czas, jakby nie patrzeć. Spokojnie, zasady są zabawnie proste. Widzisz, jeżeli czemuś brakuje połowy organu, szukasz drugiej. Jeżeli są w tym samym kolorze, to jesteś już ustawiona. Dasz radę.
  Chciałem odwrócić się do Fobosa i zażartować z trudnej sytuacji, jednak ten był już na drugim końcu polanki, ustawiając narządy jakiemuś biedakowi... a może i szczęśliwcowi? Sam fakt, że tutaj się dostał wiele dawał.
***
 - Nie! Nie zgadzam się! - Fobos oparł łapy o stół operacyjny, a ja zacisnąłem mocniej zęby. - Dlaczego tak musi być? -  kotka przymknęła nieruchome, szkliste oczy pacjenta, którego nie udało nam się uratować.
  Wojny nie są romantyczne. Podobnie śmierć.
 - Niepotrzebnie go niosłem. - mruknął mieszaniec Crowley. Dziwnie spokojnie. Nie spuszczałem z niego wzroku.
 - Nigdy nie jest to niepotrzebny wysiłek. - odpowiedziałem. - To jednak nie jest miejsce ani czas na dramatyczne przemowy. Rekruci, przenieście zwłoki. Szybciej, trupa ze stołu! Dezynfekcja! Kolejnego niosą! - i młody jest, dodałem w myślach. Tak cienko wyje.
***
 - W każdej chwili może tutaj wpaść uzbrojony oddział. Myślisz, że mielibyśmy jakiekolwiek szanse go powstrzymać? Znasz odpowiedź. Brzmi ona "nie". Nie oznacza to jednak, że możesz tutaj stać i ronić łzy, wilcze! Żywi nam czekają na ratunek. 
 - Ja... ja nie wytrzymam! To wszystko, ten cały rozgardiasz, smród, śmierć! 
 - Sam jednak tutaj przyszedłeś! Wszyscy jesteśmy na skraju wyczerpania. Nie tarasuj więc przejścia, a jak masz rzygać to za namiotem. 
 - Proszę pana, ja naprawdę nie wytrzymam! Wszystko mnie boli, wszędzie walają się wnętrzności i wszystko tutaj krwawi. Ziemia krwawi, drzewa krwawią, śnieg krwawi...
 - Nie mam pojęcia o czym gadasz. Jednak rzeczywiście może weź sobie piętnaście minut drzemki... tylko najpierw przytrzymaj mi te haki, bo pacjent mi się rzuca. 
 - Niech pan też odpocznie. Każdy z nas przynajmniej kilka razy stąd zniknął na jakiś czas... 
 - Bez mojej zgody.
 - Proszę pana...
 - Dzięki, że przytrzymałeś. Następny do zoperowania! 
 - Właśnie jeden pacjent opuścił kolejkę. Przed momentem... Niech pan mnie posłucha. Medyk nie może paść podczas pracy. 
 - To jest mój wybór. A teraz idź już odpocząć. I zapytaj się, co się stało z Fobosem. Drży. Przytuliłbym go, gdyby nie fakt, że nie mam na to czasu, a moja sierść była przykryta... już nawet ja nie wiedziałem czym. Hej! Wy tam, uwaga na żyłę! Jest tu już wystarczająco dużo krwi!
***
  Kręciło mi się w głowie. Organizm nie nasycił się chwilą snu, a ja wymagałem, aby wstawał i dalej walczył z tym wszystkim. Nie miałem pojęcia, ile czasu już tak pracuję. Za każdym razem, kiedy wychylałem się z namiotu, widziałem inną porę dnia albo nocy. Nie liczyłem. 
 - Co wy robicie. - warknąłem do rekrutów, kiedy zobaczyłem, jak nierówno ściągają okostną.
 - Niech ktoś pójdzie po medyków... - wybełkotał jeden z nich. 
 - Jestem. - zniecierpliwiony uchwyciłem przyrząd. 
 - Gdzie jest Prestian? 
 - Poszedł się położyć za tobołami. - odpowiedziała kotka, która już ostatnio zszywała tkanki bez problemu. 
 - Jestem! Tutaj! - rzuciłem, schylając się już nad pacjentem. Rekruci zamilkli. Zauważyłem to jednak dopiero po dłuższej chwili, kiedy już układano na stole następną osobę. Mój wzrok przypadkiem osiadł na czystszym fragmencie narzędzia. Nie ujrzałem tam jednak odbicia mieszanki bordera i sznaucera, a kogoś zupełnie innego. Przez sekundę uznawałem to za jakiś objaw załamania się się światła albo majak ze zmęczenia, jednak prawda zaraz do mnie dotarła. 
  Ten jeden raz byłem nieuważny. Ten jeden przeklęty raz w pewności siebie uchwyciłem za butelkę z myślą, że jest to zwykły napitek. 
  W głupocie wypiłem eliksir na zmianę wyglądu. 
 - Czemu, idioci, we nie interweniujecie, kiedy ktoś obcy łapie za narzędzia!?
 - Ma pan tą samą energię, co Prestian... - zauważył rekrut, a ja westchnąłem i spojrzałem się na każdego obecnego z osobna. 
  Wyglądali na takich, co właśnie zrozumieli. 
***
 - Kurwa! - krzyknąłem. - Trup ze stołu! Dezynfekcja! Następny! 
 - Proszę pana... - jeden z rekrutów pojawił się tuż obok mnie z podkulonym ogonem. - Mój znajomy jest ranny i... - wskazał na młodego psa przy namiocie. - Czy moglibyśmy...
 - Nie ma wejść bez kolejki po znajomościach. Widzę, że trzyma się na nogach. - westchnąłem. - Bierz go, możesz mu dać mój przydział napitku. Jest tam za tobołami, tylko patrz na etykiety.
***
  W pewnym momencie, a była już noc. Ja, Fobos i rekruci, którzy nie uciekli albo nie zemdleli, wyszliśmy na polankę. Było zimno, a przynajmniej przez chwilę, dopóki nie weszliśmy pomiędzy ogniska, wokół których tłoczyli się opatrzeni przez nas pacjenci. Gdzieś nosił się szmer cichych rozmów, gdzieś ktoś nieśmiało coś nucił. Widząc nas podrywano głowy. Iskry wdzięczności błyskały w ich oczach.
  Było to jednak tylko jedno z wielu oblicz. Tam dalej na byłych polach walki czy nawet korytarzach Royaldellu, wszystko cichło wraz z błaganiami umierających, tym ostatnim westchnięciem. Było to jednak tak ciche, neutralne, nie zwracające uwagi bardziej niż pogłos poświstującego wokół wiatru.
  Będzie dużo chowania i palenia, pomyślałem, lada chwila będzie jakaś zaraza...
  Oparłem się o Fobosa.
 - Co się dzieje? W pewnym momencie zacząłeś się dziwnie zachowywać. - zapytałem się. W jego milczeniu było coś, co dawało mi wrażenie, jakby stało się coś i poza jego medycznym życiem. Bardzo prawdopodobne w ostatnich dniach.
 - Wadera zabiła mojego tatę. - odpowiedział po dłuższej chwili nienaturalnym tonem, a ja zesztywniałem na chwilę. Wujek Tony.
  Wiele przeżyłem, jednak nie potrafiłem odpowiedzieć na to wyznanie. Wiedziałem, że mogłem przeprosić, że tak odwlekałem ten moment zapytania się go o przyczynę, skoro już od pewnego czasu widziałem jego dziwny smutek, kiedy wrócił z jakiegoś wyjścia poza polanę. Mogłem się go też zapytać, dlaczego mi o tym nie powiedział... Ale po prostu postanowiłem odwrócić się w jego stronę. Nie umiałem mówić w sposób, jakiego się wymaga w takich sytuacjach.
 - Twój tata musi być z ciebie dumny. Wiele wycierpiałeś, ale mimo tego stałeś na stanowisku, aby ratować życia. - powiedziałem delikatnie. Może nawet i z pewną czułością oraz dumą.
  Nikt z naszej zgrai nie miał siły, aby zrobić cokolwiek innego niż położyć się w otępieniu.
  Czasem ktoś z nas nagle parskał cichym śmiechem. Spod prawie zamkniętych powiek, widziałem u niektórych łzy, jakie odbijały się blaskach niedalekich płomieni.
 - Ciekawe, kto zwyciężył. - szepnął jeden z rekrutów.
Nikt mu nie odpowiedział.

2000+

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz